czwartek, 7 czerwca 2012

Czy tylko ja nie wpadłem w "piłkoszał"?

*pisane z perspektywy Warszawiaka, ale może w innych miastach-gospodarzach jest podobnie? (piszcie)

Jest czwartek, siódmy dzień czerwca. Jutro rozpoczyna się w naszym kraju (!) Euro 2012, a mój poziom podekscytowania, jak na fana futbolu od lat kilkunastu, jest znikomy. Bardziej przyspiesza bicie mojego serca na myśl o Orange Warsaw Festival, które odbywać się będzie w najbliższy weekend. Zadałem sobie pytanie: dlaczego?

Czy to dlatego, że nie posiadam żadnego biletu na tę wielką piłkarską imprezę? A może dlatego, że rzadko oglądam telewizję lub chodzę do supermarketów, gdzie jesteśmy obecnie bombardowani produktami i tematami związanymi z Mistrzostwami Europy? Nie jest to też tak, że zamykam się na piłkarski świat - na twitterze ponad dwieście osób o tej piłce mi codziennie "ćwierka". Problem leży dużo głębiej. Tak naprawdę przygotowywałem się do napisania tego tekstu od miesięcy, gdyż już wtedy zauważalny był kompletny brak klimatu sportowego widowiska w Warszawie. Złożyło się na to kilka rzeczy.

Zdjęcie: Maciek Budzich

Po pierwsze i najważniejsze, Warszawa przez bardzo długi czas nie wyglądała jak miasto, które organizować będzie u siebie mecze Euro. Jedyną reklamą, wiszącą od dłuższego czasu, była ta wspólna Coca Coli i Heinekena na Moście Średnicowym. Turyści nie interesujący się futbolem, którzy np. w kwietniu przyjechaliby do stolicy, mieliby duży problem, żeby zorientować się, że właśnie tu w czerwcu rozgrywać się będą spotkania czołowych, europejskich drużyn narodowych. Na początku tego roku mocno liczyłem, że wraz z wiosną pojawiać się będą coraz to nowe akcenty związane z Euro: od wielkich piłek w różnych częściach miasta, przez oznaczenia dróg prowadzących np. z lotniska czy z centrum na Stadion Narodowy, aż po rozmaite eventy związane z piłką nożną. Sporo z tych rzeczy pojawiło się, ale... kilka dni temu. Szkoda, że te wszystkie dekoracje zostały wykonane głównie pod turystów, a nie mieszkańców stolicy. Największa impreza sportowa, jaka jest robiona w Polsce, a właściwie mało zrobiono, żeby Warszawiacy jakoś mocniej jej wyczekiwali. Czy tak ciężko byłoby zamontować wielki zegar w kształcie piłki, odliczający godziny do pierwszego meczu naszej reprezentacji? Pomalować kilka bloków na biało-czerwono? Zatrudnić instruktorów żonglerki i zorganizować bicie rekordu Guinnessa w jak największej liczbie osób podbijających piłkę w jednym momencie? Albo kiedy już cała reprezentacja jest w Warszawie, idąc za myślą z reklam Biedronki: zorganizować na jakimś Orliku mecz reprezentantów kraju, w którym (na rozsądnych warunkach) mogliby brać udział również normalni kibice?

Pomysłów na promowanie takiej imprezy jest miliard, ale przez długi czas nie robiono praktycznie nic, zostawiając wszystko na czas Euro. Zamiast budować klimat na przestrzeni kilku miesięcy, mamy zrobione wszystko na ostatnią chwilę. Pytanie też, czy tego typu akcenty piłkarskie powinny spoczywać na barkach sponsorów/patronów imprezy, organizatorów czy samego miasta? Teraz oczywiście jest tego mnóstwo, ale wcześniej jakoś firmy nie wykazywały się kreatywnością. Weźmy takiego McDonalda - skoro budują specjalną restaurację na Placu Defilad na czas Euro, to dlaczego nie mogłaby ona, widziana z góry, mieć kształtu i barw piłki? Wcześniejszy pomysł z żonglowaniem spokojnie mógłby zrealizować Orange, który wolał jednak wydać kasę na postawienie w centrum wielkiego, pomarańczowego sześcianu, gdzie grały młode zespoły - na promowanie Euro już zabrakło im pomysłów? Coca cola opanowała jeszcze w maju podziemia nad Rondem Dmowskiego, Kia od kilkunastu dni dekoruje - choć trzeba przyznać, że tandetnie - Nowy Świat. Obecnie stolica została zalana reklamami promującymi Euro, włącznie z komunikacją miejską czy kapitalnie przebranymi przez Nike'a stacjami metra - Ratusz Arsenał i Pole Mokotowskie. Wszystko moim zdaniem o co najmniej 1-2 miesiące za późno.

Brak klimatu związanego z Euro w stolicy w ostatnich miesiącach zbiegł się z innym, dość istotnym procesem: PZPN do spółki z Frankiem Smudą zarazili złym wizerunkiem kadrę narodową. Lista afer i kompromitacji z udziałem panów reprezentujących Polski Związek Piłki Nożnej była przeogromna od zawsze, ale do tej pory sama drużyna piłkarska była odbierana raczej pozytywnie. Teraz stała się rzecz niesamowita, gdyż ten fatalny PR zaczął przenosić się na zespół, na piłkarzy. A mocno pracowali na to i pan Smuda, i pan Lato, i pani Olejkowska, i wiele innych osób ze związku. Nie pamiętam w przeciągu ostatnich kilkunastu lat aż tylu nieporozumień, skandali i ogólnego niesmaku wokół naszej drużyny narodowej. Kibicowanie tej kadrze zaczęło być powodem do żartów, do wstydu. A przecież może być to jedno z najsilniejszych zestawień naszej reprezentacji w XXI wieku!

Duży udział w tym wszystkim ma także portal Weszło, który systematycznie nakręcał spiralę nienawiści wokół kadry, PZPN-u, organizacji Euro i ogólnie piłki nożnej w naszym kraju. Tak, często czytało się ich z przyjemnością, bo ktoś miał wreszcie odwagę wytknąć publicznie rzeczy w polskiej piłce karygodne. Tak, często człowiek sam zgadzał się z nimi głęboko w duchu albo czuł, że podpisałby się wszystkimi kończynami pod danym tekstem. Tak, często artykuły pojawiające się na Weszło były fachowe i merytoryczne. Ale spowodowało to również falę ogromnego hejtingu kadry, PZPN-u i częściowo też samych mistrzostw. Widać to choćby po inicjatywie Fuck Euro, wypowiedziach na forach internetowych czy nawet niektórych dewastowanych dekoracjach.
Przechadzając się teraz w okolicach Metra Centrum czy Stadionu Narodowego, ten klimat gdzieś cząstkowo wyczuwam. Bo ciężko nie, kiedy na ścianie stacji metra widzisz zawodników Nike'a, na Narodowym wisi m.in. duży Robert Lewandowski, a Błaszczykowski na reklamie eskorty McDonald's mówi do małego chłopca "Bez Ciebie nie idę" (skurczybyki mocno jadą na emocjach). Jednak to wszystko to jak lizanie loda przez szybę, bo mi osobiście ciężko się przestawić z tych negatywnych emocji, towarzyszących całej imprezie do tej pory. Właściwie to całe to Euro ratuje trójka z Borussi Dortmund. Bez nich naprawdę ciężko byłoby wierzyć w tę kadrę i budować jakikolwiek pozytywny klimat wokół drużyny narodowej. A samo Euro... to w końcu największa sportowa impreza w historii tego kraju! Niestety, nie dane było Warszawie przeżywać jej dłużej niż przez miesiąc samego turnieju.

niedziela, 20 maja 2012

Najlepszy (męski) projekt studencki

Miałem dopisać jeszcze, że w Warszawie, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w całej Polsce. Dlaczego? Bo mamy do czynienia z bardzo "ogarniętą" uczelnią, wszystko wygląda profesjonalnie, warsztatów jest mnóstwo, a do kwestii organizacyjnych nie można się przyczepić. Men's Week - tak to się nazywa. Byłem drugi raz. I za rok znów się pojawię.

Zacznijmy od tego, że nie byłem na wszystkich warsztatach, gdyż sprowadzałoby się to do siedzenia bitych 4 dni na SGH-u. W dodatku część z nich pokrywała się godzinowo, więc byłoby to fizyczną niemożliwością. Opiszę Wam te, na których się pojawiłem, uzupełniając o to, co pamiętam z zeszłego roku i powinna się wyłonić Wam wtedy wizja całego przedsięwzięcia. 

A wizja jest prosta jak budowa cepa - zrobić coś dla facetów. I mam tu na myśli coś więcej niż przynieść piwo albo zabrać do baru ze striptizem. Men's Week idzie właśnie w drugą stronę - pozwala dotknąć rzeczy, o których się dotąd nie miało pojęcia. Samorozwój - to pierwsze słowo, które ciśnie się na usta, kiedy myślę o tym projekcie. Przesłanie najprostsze z możliwych: "Nie robiłeś tego nigdy? Chodź i spróbuj!" Tematyka rozmaita - od zajęć typowo męskich (poker, gokarty) aż po aktywności nie do końca wśród mężczyzn popularne, aczkolwiek w życiu przydatne (taniec, savoir vivre, gotowanie). Wszystkie wymagały rejestracji i uzasadnienia, dlaczego miałoby się zostać wybranym. Kiedy przyszły mi na maila potwierdzenia całych pięciu warsztatów, które sobie wybrałem, wiedziałem już, że będzie to dobry tydzień.

Zaczęło się od warsztatów mowy ciała, na których miła pani objaśniła, co i jak warto / nie warto robić, sprzedając kilka cennych wskazówek. Niby człowiek już wiedział trochę o tych postawach otwartych i zamkniętych, ale udało się to utrwalić czy uzupełnić o jakieś smaczki. Chwilę potem, prawdziwa petarda - warsztat relacji damsko-męskich. Nie, nie warsztat podrywu (choć obecni tam trenerzy mogliby i taki poprowadzić pewnie). Przez półtorej godziny dwóch młodych gości przekazało mnóstwo pozytywnej energii, odrobinę wiedzy tajemnej i kilka prostych sposobów na motywację do robienia rzeczy małych i dużych. Było też oczywiście o kobietach, w końcu to Men's Week, nie? :)

Trenerzy to w ogóle mocna strona męskiego projektu. Kolejny warsztat tego dnia prowadził Joseph Seeletso, "Józek". Podobno dość znany, pokazuje się w TVN-ie. Nie powiem, czy tak jest w istocie, bo nie oglądam, ale na pewno Józek jest osobowością, prawdziwym artystą w kuchni. Po warsztatach kulinarnych, które poprowadził, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: a) jak niewiele wiem o gotowaniu czegokolwiek oraz b) zaskakująco ciekawy smak można osiągnąć przy pozornie bardzo dziwnych połączeniach składników. Tak, "zaskakująco" to dobre słowo określające te zajęcia praktyczne. Człowiek mobilizuje się do zaskakiwania potem w kuchni innych.

W czwartek o zbrodniczej godzinie, 8.00 RANO zajęcia miała inna, znana z TVN-u osoba (hmm, jakiś klucz doboru?), a mianowicie Maciek "Gleba" Florek, zwycięzca I edycji You Can Dance. Urban Dance to była rzecz zupełnie nowa jak dla mnie, bo wplatające w taniec yogę, partnerowania itd. ale w imię samorozwoju wybrałem się i nie żałowałem. No może oprócz tej godziny. 8.00. Ósma zero zero. Błagam, nigdy więcej tak wcześnie tak wykańczających warsztatów tanecznych, człowiek potem nie żyje... W piątek - na szczęście - zajęcia odbywały się o cywilizowanej 9.50 i szczerze sądziłem, że zainteresowanie będzie spore, a nie tylko umiarkowane. W końcu warsztaty teatralne, ćwiczenie improwizacji, kreatywności, intuicji - nikt nie ma ich w nadmiarze. W dodatku prowadzący, Kuba Snochowski okazał się bardzo otwartą, nieszablonową osobą. W ciągu trzech godzin zrobiliśmy całkiem sporo z zapowiedzianych tematów, było również dużo śmiechu. Po wszystkim miałem wrażenie, że wyssało to całą moją kreatywność, tak było angażujące. Kto wie, może kolejna zajawka gdzieś się czai właśnie w teatrze improwizowanym? Polecam - świetna sprawa.

Te wszystkie warsztaty to tylko moje doświadczenia, pełną rozpiskę tego, co można było robić między 15 a 18 maja, możecie sprawdzić sobie tutaj. A w zeszłym roku było niemniej ciekawie, bo wtedy dzięki Men's Weekowi obczaiłem m.in. jak wykonuje się skrecze czy jak ciekawą i wyczerpującą sztuką walki jest MMA... Taaak, co roku przygotowują tam prawdziwy arsenał wrażeń, uzupełniając to jeszcze o pokazy (np. barmańskie, sztuk walki czy taneczne) oraz wieczorne imprezy (w tym roku były: maraton filmowy i silent disco!). Bardzo dobrze jest również od strony organizacyjnej, począwszy od samych zapisów, kontaktu z organizatorami aż po ciekawe ramy każdego warsztatu, ich punktualność, mnogość. No i coraz lepsi trenerzy, coraz ciekawsze, bardziej różnorodne zajęcia praktyczne. Hmm, zaczyna to chyba wyglądać jak tekst sponsorowany, więc już kończę z tymi pochwałami. Po prostu - jeden z najciekawszych projektów studenckich, jakie odbywają się w Warszawie, obserwujcie informacje o kolejnych edycjach!

Dobra, jest jeden minus tego całego Men's Weeku: NIE ROZDAJĄ KOSZULEK ZA DARMO! CHCĘ KOSZULKĘ! #żebrobloger

sobota, 7 kwietnia 2012

Dlaczego nie mógł odbyć się mecz Pucharu Polski? - odpowiadam (częściowo).

Ostatnie miesiące to wciąż dyskusje wokół tego, czy i dlaczego Stadion Narodowy nie został przygotowany na czas i nie można było na nim rozegrać meczu o Superpuchar Polski, a na finał Pucharu Polski w trybie awaryjnym trzeba było wybrać obiekt w Kielcach. Nie znam się na zapisach prawnych, wymaganiach policji czy też aktualnym stanie nowego stadionu, ale opinia publiczna znacznie przesadza w swojej krytyce. Oto kilka moich luźnych przemyśleń w tej sprawie.

Jak widzę teksty typu "dlaczego nie mógł być rozegrany finał Pucharu Polski, skoro odbył się mecz Polska - Portugalia lub planowane jest spotkanie Legii z Sevillą?" to zastanawiam się, czy ci ludzie nie myślą logicznie, czy też może udają głupich. Nie czuję się na miejscu, aby bronić zarządcę stadionu, policję, organizatorów meczów czy kogokolwiek, ale wystarczy chwilę pomyśleć, żeby nie prowadzić idiotycznych dyskusji na forach. Jest przecież wielka różnica pomiędzy meczem towarzyskim (zarówno narodowym, jak i między klubem polskim a zagranicznym) oraz meczem dwóch - i co trzeba brać pod uwagę - zantagonizowanych drużyn. Ot, i cała filozofia! Ale jeśli ktoś nadal nie zrozumie, to rozwinę.

Na mecz towarzyski z Portugalią nie przybywały zorganizowane grupy, gdyż kadra narodowa ma kibiców w całym kraju. Poza tym, umówmy się szczerze, jest to raczej zbieranina przypadkowych - jeśli chodzi o hardcore'owe kibicowanie - osób. A jedyną jednostką, przeciwko której podczas ostatnich meczów kadry gromadzono i okazywano negatywne uczucia był PZPN. Zatem taki mecz niesie nieporównywalnie mniejsze ryzyko niż spotkanie, gdzie mamy grupy zagorzałych kibiców np. Legii i Wisły czy też Legii i Lecha. Historie takich starć znamy z ligi, gdzie jednak pośród kibiców pojawiają się także jednostki agresywne, a za przyśpiewkami idą czyny (które mogą skończyć się na obrzucaniu się sektorów różnymi przedmiotami; mogą, ale nie muszą). Mecz Legii z Sevillą także należy wrzucać do worka z tymi towarzyskimi, gdyż będzie funkcjonował raczej jako ciekawostka i może pojawić się więcej przypadkowych kibiców, którzy zapewne bardziej będą chcieli zobaczyć w akcji zagraniczny klub niż ten stołeczny.

Wnioski są bardzo proste. Czy na Narodowym mogą odbywać się mecze towarzyskie lub mecze drużyn, których kibice nie pałają do siebie nienawiścią, a same zespoły nie mają ze sobą na pieńku? Tak. Czy można zorganizować natomiast spotkanie dwóch ekip, których fani tworzą zorganizowane i równie nieprzewidywalne w zachowaniu grupy? Nie. I tu jest właśnie ta różnica w podejściu policji do obu typów spotkań - w przypadku tej drugiej grupy wymogi znacznie zaostrzają się i ta często omawiana łączność w podziemiach stadionu może faktycznie okazać się przydatna.

piątek, 10 lutego 2012

Jestem zawsze na plus - wywiad z Marcinem Rosłoniem


Marcin Rosłoń, znany głównie jako piłkarz Legii Warszawa i komentator stacji Canal +, ujawnia, że zajawek życiowych ma dużo więcej. Przewodniczącym PZPN raczej nie będzie, ale już Rosłoń jako manager, trener czy sędzia - to nie brzmi tak nieprawdopodobnie. Ostatnio Marcin może sobie do CV dopisać słowo "pisarz", w końcu pierwszy krok w tę stronę ma już za sobą. Jeszcze w 2011 została wydana pierwsza książka Jego autorstwa, czyli "Mowa Trawa". Ale po kolei...

Boomer: Ciężko było zerwać z futbolem?

Marcin Rosłoń: To był 2006 rok, kiedy przestałem grać w piłkę w Legii. Było mi ciężko rozstać się z dużym boiskiem, natomiast musiałem podejmować dorosłe decyzje: czy zostać już tylko w Canal+ i pracować jako komentator i dziennikarz sportowy w tej redakcji, czy jednak szukać swojego szczęścia gdzieś poza Warszawą. Inne kluby tutaj w okolicy nie wchodziły w grę, bo nie chciałem grać w trzeciej lidze, np. w Mazowszu Grójec. Myślałem tylko o Ekstraklasie. Dostałem propozycję z Lechii Gdańsk, która wtedy grała w drugiej lidze, i tak się zastanawiałem. Pojawiła się jakaś nieostra propozycja z Grecji, gdzieś ktoś by mnie wysłał na Cypr, natomiast to było tylko może, może, może… Żaden trener z Ekstraklasy się na mnie nie zdecydował wprost i po dwóch miesiącach takiego wyczekiwania zdecydowałem się podpisać kontrakt z Canal+ i tak zostało. Potem był futsal w Warszawie – to taka moja kolejna przygoda z rozkręcaniem ekstraklasowej drużyny. Udało się awansować i to było piękne, bo to stworzyliśmy razem z grupą kumpli z Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak w jakimś momencie stwierdziłem, że to już nie ma sensu. Bycie byłym zawodowcem z taką czasami chorą ambicją, jeśli chodzi o zwyciężanie, wśród amatorów stało się uciążliwe. I dla tych amatorów, i dla mnie. Ja zdecydowałem się spasować i skupiłem się na bieganiu. To jest teraz taka największa pasja mojego życia.

A jakie masz cele związane z bieganiem? To są raczej większe dystanse?

Większe. Boję się tego i moja rodzina też się boi, że będą jeszcze większe. Przebiegłem teraz w sierpniu 120 kilometrów wokół masywu Mont Blanc – to był mój bieg życia do tej pory. Ale mam już zgromadzonych 5 punktów kwalifikacyjnych na przyszłoroczne 166 km wokół tego masywu. Tutaj nie ma barier, nie ma końca. Można biegać 24 godziny, 48 godzin. Są mistrzostwa Polski czy świata w tych biegach… Myślę, że to będzie się rozwijało. Bardzo pociągają mnie góry. Bieganie po lasach, górach, ścieżkach. Ktoś powie: „Zwykły maraton uliczny to jest dla ciebie pestka”, a to jest zupełnie inna bajka… Tam biegnę, żeby przebiec 120 km, tutaj biegnę, żeby pobić swój czas. Obecnie to 3 godziny, 2 minuty i 49 sekund, a dla maratończyka-amatora najfajniejszy czas to jest, jak jest „2” z przodu. Wszystko co poniżej 3 godzin już oznacza, że jesteś bardzo dobrym amatorem. Tego jeszcze nie osiągnąłem i to jest mój cel prywatny na przyszły rok, jeśli chodzi o maratony uliczne. A biegi górskie… jest ich bez liku.

Nadal zdarza Ci się biegać do redakcji Canal+?

Zdarza mi się biegać do redakcji lub do znajomych. Jak gdzieś jedziemy, np. na Zacisze - a mieszkamy na Ursynowie (to jest odległość 25 km) - to żona pakuje się do samochodu z córką, a ja biegnę. Zabieramy ciuchy na zmianę i tam się kąpię. Ale różnie to bywa. Teraz mam okres roztrenowania, czasami mi się w ogóle nie chce przez trzy dni wyjść pobiegać. Potem mnie wyrzuty sumienia tak męczą, że wkładam buty i biegnę do lasu. Taki optymalny dystans dla mnie teraz, żeby dobrze się czuć, to jest 15 km, w sezonie nawet 35.

Kiedy pierwszy raz ktoś Ci powiedział, że masz radiowy głos lub chociaż taki, który nadaje się do komentowania?

Ten głos to jest wielki kapitał dla każdego komentatora, natomiast ja swojego do końca nie potrafię tak w 100% docenić. Nie jest to głos lektorski, na pewno czytanie przeze mnie filmów nie wchodzi w rachubę, nie jest to też głos jak Jacka Laskowskiego - w komentatorskiej gwarze mówi się, że jest to głos „z dupy” – mocno pracuje przepona i to jest taki bardzo niski, tubalny głos. Są tacy komentatorzy, którzy mają świetny głos. Mój zwraca uwagę i przykuwa właśnie tym, że nie jest taki niski, jest bardziej emocjonalny, zaangażowany. Ale czy to jest głos radiowy? Nie wiem, nie pracowałem nigdy w radiu, natomiast jest to moje wielkie marzenie, żeby kiedyś mieć swoją audycję. To super przygoda, w dodatku nie widać cię, więc z jednej strony jest mniejsza presja, ale z drugiej zupełnie inna specyfika roboty, bo to wcale nie znaczy, że jest łatwiej czy luźniej.


A jak zaczęła się Twoja przygoda z komentowaniem? Zawsze na boisku miałeś tyle przemyśleń jak grałeś?

O mnie mówiono: „Przeciętny piłkarz obdarzony nieprzeciętną inteligencją”. Na pewno znacznie bardziej wiedziałem, jak zagrać piłkę, niż potrafiłem to zrobić. W 2001 roku trafiłem do redakcji Canal+ dzięki prezesowi Markowi Pietruszce i Januszowi Basałajowi, którzy byli wtedy na tych górnych stanowiskach w Legii i Canal+. I jak trafiłem, to zostałem. Na początku jako ktoś minimalnie rozpoznawalny w środowisku piłkarskim. W tej redakcji miałem o tyle łatwiej, że tam wszyscy byli pasjonatami piłki, byli już wtedy bardzo doświadczonymi dziennikarzami o uznanej marce, a ja dopiero wkraczałem w ten świat. Chodziłem na trening, potem biegłem do redakcji i tak wyglądał mój niemal każdy dzień. W pewnym momencie to było groteskowe, bo łączyłem pracę komentatora z grą w Ekstraklasie w barwach Legii Warszawa. Tam oczywiście zdobyłem mistrzostwo, ale potem wyczerpała się ta formuła współpracy, rozwiązałem kontrakt i podpisałem z Canal+. I teraz jestem już tylko i wyłącznie człowiekiem tej stacji.

Uważasz to za duży plus, że jesteś byłym piłkarzem? Czy to Ci bardzo pomaga w pracy komentatora?

To, że zdobyłem medal Mistrza Polski w 2006 roku, jest niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Zwłaszcza, że zdobyłem go w koszulce Legii po kilku sezonach bez mistrzostwa. Mija 6 lat i jak na razie nie ma kolejnego takiego tytułu dla Legii. Bycie byłym piłkarzem mi na pewno bardzo pomaga w środowisku piłkarskim, bo nikt nie patrzy na mnie jak na dyletanta i nie mówi: „A, ten grał w trzeciej lidze, to co on ma do powiedzenia”. Piłkarze często tak upraszczają, że jak ktoś nie grał w piłkę, to nie może być ani dobrym trenerem, ani sędzią czy komentatorem. Wiemy, że to są wierutne bzdury, bo przykłady takich gości jak Jose Mourinho, Rafael Benitez czy Arsene Wenger to udowadniają. Oni wielkich karier piłkarskich nie zrobili, a są jednymi z najlepszych managerów na świecie. To bycie piłkarzem mi na pewno pomaga, natomiast trzeba tak ukierunkować te swoje umiejętności, tę przeszłość, żeby nie było, że ja jestem tylko od gadania o sprawach czysto piłkarskich i nic innego nie umiem powiedzieć. Mój potencjał był zawsze taki, że byłem dość inteligentny, w szkole mi nauka szła bardzo łatwo, ponadto mam swobodę wypowiedzi, taką potoczystość. I gdzieś tak się to sprzęgło, że zostałem komentatorem piłkarskim, który jest ceniony w środowisku właśnie za to, że rozumie, co piłkarze chcą zrobić od początku do końca, rozumie sędziów, jak popełniają błąd. Ja nikogo nie wybielam za wszelką cenę, nikogo nie chwalę na siłę, ale nikogo też nie krytykuję. Po prostu obiektywnie analizuję to, co się wydarzyło, lub to, co się mogło wydarzyć. Ja cały czas pozytywnie mówię o piłce, bo ją uwielbiam jako grę i szukam pomysłów oraz dobrych rozwiązań, na które mnie nigdy nie było stać. Nie ma tak, że jestem zazdrosny, że ktoś dobrze podał czy coś z tych rzeczy. Ja jestem cały czas na plus.

Jak wygląda to Twoje przygotowanie się do meczu? Czy tylko wpadasz do studia, zerkasz na statystyki i jedziesz? Czy to jednak jest bardziej żmudna praca, żeby do każdego meczu się bardzo dobrze przygotować?

To jest proces, który jest różny w zależności od wydarzenia. Jeżeli to jest mecz ligi angielskiej, który ja robię trzy razy w tygodniu – sobota, niedziela, poniedziałek lub dwa w sobotę, a w niedzielę jeden – to jest to niewątpliwie łatwiejsze. Anglicy mają świetne strony dotyczące sportu, więc bardzo łatwo się z nich przygotować. Po drugie, jak to już jest 11 kolejka Premier League, to wiesz, o czym mówisz. Manchester United komentowałem już 5-6 razy, Queens Park Rangers – 4 razy, kilka razy Arsenal… Poza tym jeśli siedzisz w tym, interesujesz się, to jest o wiele łatwiej. Nie musisz oglądać każdego meczu czy siedzieć nad notatkami osiem godzin, żeby udowodnić, jak dobrze się przygotowałeś, nikogo to nie interesuje. Możesz przygotowywać się pięć minut, ważne, żebyś nie mylił piłkarzy, wiedział o czym mówisz i żeby to wszystko było strawne. Nie umiem więc powiedzieć, że przygotowuję się np. dwie godziny do meczu, zawsze jednak mam ze sobą kilka kartek ciekawostek. Co z tego wybiorę, to już moja sprawa. Ponadto mam jeszcze współkomentatora albo eksperta u boku.

Jaki był najdziwniejszy mecz albo sytuacja, jaką zdarzyło Ci się komentować?

Dziwny był bardzo mój debiut komentatorski, jeszcze nie jako samodzielnego komentatora, a jako eksperta. Pojechaliśmy na mecz Górnik Zabrze – Legia Warszawa. Ja bardzo czekałem na tę chwilę, żeby usiąść, pokazać się w okienku, w kamerze, przygotowałem sobie strój i bardzo mocno to przeżywałem, bo to były moje początki w Canal+. Przyjechaliśmy na ten mecz do Zabrza, zaczęliśmy komentować i zaczął padać śnieg… Spadło go tyle, że po 20 minutach sędzia przerwał mecz! Mówię: „Co to jest za debiut, jakiego ja mam niefarta?” Przyjechaliśmy komentować, spadł śnieg, boisko jest zasypane i sędzia zastanawia się, czy wznowić grę… Myślę wtedy: „Debiut 20-minutowy, ależ katastrofa..” Ale wreszcie wznowili grę i było już dobrze. Akurat wtedy Legia przegrała 0:1, Kaondera strzelił gola dla Górnika. A w ogóle to jak wyjeżdżaliśmy z Warszawy, to jeszcze Janusz Basałaj miał drobną stłuczkę, więc te wszystkie wydarzenia były trochę nietypowe. Ale nie miałem takich przygód, że np. spóźniłem się na mecz, że nie dojechałem, że coś się totalnie popsuło, że popełniłem jakiś błąd czy komentowałem mecz Norwich City z Blackburn Rowers, a mówiłem o zupełnie innych zespołach. Takich przypadków nie było. Nie miałem tez biegunki, że musiałem wybiegać z dziupli komentatorskiej – wiadomo, to przypadłość, która może przytrafić się każdemu, nie musisz być komentatorem, żeby dopadło cię rozwolnienie. Czasami pytają się nas, komentatorów, czego się najbardziej boimy – jeden czkawki na antenie, drugi, że się zacznie śmiać i nie będzie w stanie powstrzymać… Ja najbardziej mam taką obawę, że jak się najem przedziwnych rzeczy wcześniej, może to się odbić jakąś niestrawnością i problemami żołądkowymi. Takie moje komentatorskie widmo.

Rzadko który komentator czy były zawodnik jest w stanie napisać książkę i to taką, która będzie dobrze odbierana w środowisku. Powiedz, skąd wpadłeś na pomysł na Mowę Trawę? Już wtedy wiedziałeś, że to będzie sukces?

Dalej nie wiem, czy to będzie sukces. Mam nadzieję, że to będzie coś, co będzie odebrane w środowisku bardzo pozytywnie i się przyjmie. I że od emerytów i rencistów aż po młodych chłopców, którzy kochają futbol, przez kibiców, piłkarzy i trenerów – że wszyscy będą chcieli to przeczytać, będą zadowoleni i każdy wybierze sobie z tego coś, z czym piłka się mu kojarzy. Taki był zamysł, bo to jest pozytywna lektura. Mało jest książek tego typu w Polsce. W ogóle rynek książek sportowych ogranicza się przede wszystkim albo do książek związanych z historią naszych reprezentacji w różnych dyscyplinach, albo z opowieściami o ludziach, którym się z jakichś względów nie powiodło, ich kariera się załamała, bo mieli problemy zdrowotne albo wpadli w nałogi. Jest też sporo autobiografii różnych sportowców. Natomiast nie ma czegoś, co pozwala wejść na moment do szatni piłkarskich, poczuć ich smak, zapach, podsłuchać, jak rozmawiają piłkarze... Mowa Trawa taką lekturą właśnie może być. A pomysł wziął się stąd, że mieliśmy swego czasu w Canal+ taki program, który nazywał się właśnie Mowa Trawa. Powstały wtedy dwa krótkie odcinki, ja się tym zajmowałem i miałem swoją bazę haseł. Potem gdzieś zostawiliśmy ten projekt na boku, ale ja po kilku latach wróciłem do niego. Zacząłem pisać, najpierw dla siebie, i w końcu powstał z tego słownik piłkarskiej polszczyzny.

Jest tam dużo anegdot, cytatów, Twoich własnych wspomnień. Łącznie można tam znaleźć coś koło 200 pojęć… Jak długo zajęło Ci pisanie tej książki?

Faktycznie to było bardzo dużo materiału i jak skończyłem pisać, to zdałem sobie sprawę, że minęło 15 miesięcy, nawet nie wiedziałem kiedy. Potem kolejne miesiące poszły jeszcze na proces wydawniczy, który także nie jest dwutygodniowy, ale co najmniej kwartalny. Tworzenie takiej książki to jest dużo myślenia, szukania, zastanawiania się, rozmawiania z innymi ludźmi, jak się mówiło w szatniach 5-ligowych, jak w 3-ligowych, jak mówiliśmy w juniorach, jak to było w Legii czy w dorosłym życiu. Oczywiście masę z tych pojęć miałem w sobie, w swojej głowie, czułem je, patrzyłem na każdą część swojego ciała i mówiłem „goleń – tutaj się nakłada ochraniacze, czyli deski”, „stopy – zastanawiałem się, jakie buty piłkarskie – czy lanki, wkręty, sztole, trampkokorki, śniegówki” i tego typu historie… To jest 130 haseł, które mają masę podhaseł i dodatkowo jeszcze 70 piłkarskich prawd, więc nawet tego się nie da tak dokładnie policzyć. Jest hasło „pole” dotyczące boiska, natomiast tam jest kilkanaście innych określeń, jak się mówi w szatni piłkarskiej na boisko. Przecież są boiska nierówne jak „kartofliska”, są boiska piaszczyste jak „sahary”, są wielkie jak stadion Maracana, są równe jak „stół” czy „dywan” i to można mnożyć w nieskończoność. Na Śląsku ktoś powie, że jest „hasiok”, czyli śmietnik albo że jest „gryfna flecha”, czyli fajna murawa. To są właśnie te uroki pisania o piłce nożnej. Ale też nie chciałem popadać w przesadę i pisać, jak się na wszystko mówi na Śląsku, bo tam się na wszystko mówi inaczej.

A były jakieś zwroty, które także Ciebie zaskoczyły? Czy były może jakieś fantazyjne określenia, że nie spodziewałeś się, że się tak mówi na jakąś rzecz czy zagranie?

Mam takiego dobrego przyjaciela od dzieciństwa, razem graliśmy w Legii w wieku dziecięcym aż do juniora. Był bramkarzem więc pytałem go np.: „Jak mówicie na pusty przelot?” – to jest takie hasło, które dotyczy często właśnie bramkarzy. On mi odpowiada: „Na pusty przelot u mnie w klubie zawsze mówili Aisha”. Ja mówię: „Aisha? Dlaczego?”, a on mi na to: „Jest ta piosenka: 'I znów przeszła obok mnie...'” (śmiech)
I zacząłem się zastanawiać, że rzeczywiście ma sens taka sytuacja: bramkarz wybiega do dośrodkowania i mija się z piłką, to koledzy na treningu mu śpiewają: „I znów przeszła obok mnie”.
To często były rzeczy zależące od środowiska, pamiętam np. że miałem takiego zwariowanego bramkarza – bo bramkarz to jest zwariowana postać w szatni - jak piłka minimalnie wychodziła na aut i sędzia machał chorągiewką, to zawsze krzyczał: „Panie sędzio, ząbkami się trzymała!”. Geneza tego powiedzenia jest w grze w kapsle – grało się kiedyś w kapsle „na trasie” i ja to też opisuję w Mowie Trawie. Czasami gdzieś o to swoje dzieciństwo zahaczam: lata ’80, ’90, dorastanie, jeszcze czasy PRL-u… Wielu chłopców, którzy teraz marzą o wielkiej karierze piłkarskiej, nigdy tego nie poznało, więc może jak  poczytają Mowę Trawę, to czegoś się dowiedzą lub zaczną pytać rodziców o te czasy.

To też mocna strona tej książki, że nie jest ona tylko dla ludzi, którzy gdzieś tam grali zawodowo w piłkę, ale i dla każdego kibica…

Próbowałem właśnie pisać tak, żeby zaciekawić każdego: tych, którzy na piłce się w ogóle nie znają i tych, którzy o piłce wiedzą wszystko. Wiemy, że w Polsce wszyscy znają się na polityce, medycynie i piłce nożnej (śmiech). Ale chciałem, żeby jeśli weźmie to do ręki były piłkarz, np. Grzegorz Mielcarski, mój kolega z redakcji Canal+ czy każdy inny zawodnik, żeby przyjemnie mu się to czytało. Żeby to nie było tylko słownikowe wytłumaczenie, ale jakaś pewna historia, która pokazuje mechanizmy przemieniania słów, które są w naszym języku na co dzień do takich standardów i potrzeb piłkarskiej szatni. Koleżanki mojej żony to czytały, także jej brat, który pracuje w ministerstwie kultury i zupełnie nie interesuje się piłką… Jesteśmy teraz we Wrzeniu Świata, kawiarence, której współwłaścicielem jest Mariusz Szczygieł, znany bardzo dobry dziennikarz. Jemu też podarowałem jeden egzemplarz i on do mnie później przesyła mailem krótką recenzję, a w niej: „Marcin, ja wszystko rozumiem, a przecież to o futbolu jest!”. A on się w ogóle piłką nie interesuje…
Chciałem też, żeby pozytywnie spojrzeli na futbol ci, którzy mają złe zdanie, bo czytają w mediach o ustawkach, awanturach kibiców, korupcji… Takie rzeczy się zdarzają i będą się zdarzać, natomiast ja piszę o piłce tylko pozytywnie, tylko do przodu, tylko na tak.

Myślisz już nad kolejną książką?

Dużo osób mnie o to pyta, ale nie, nie myślę o żadnej innej książce na razie, bo chciałbym poczuć taką wielką frajdę, że jest ta na rynku, że ludzie chcą ją poczytać, chcą ją mieć. Teraz przychodzą Mikołajki, święta Bożego Narodzenia, to jest świetna okazja na to, żeby zrobić komuś ciekawy prezent. Ta uniwersalność Mowy Trawy może zainteresować wszystkich. O kolejnej książce nie myślę, chociaż narzuca się słownik komentatorskiej polszczyzny... Na razie to temat na przyszłość.

Byłeś piłkarzem, komentujesz mecze, na razie napisałeś jedną książkę. Co będzie później? Wiemy, że trenowałeś drużynę Młodych Wilków, odbyłeś kurs sędziowski… Jak widzisz swoją przyszłość?

Właśnie mój kolega z Canal+, jedna z twarzy naszej stacji, Andrzej Twarowski, kiedy usiedliśmy któregoś dnia obok siebie, mówi do mnie: „No i co, Marcinku, przebiegłeś już maratony, biegałeś po górach, komentujesz mecze, zdobyłeś Mistrzostwo Polski, książkę napisałeś… Jaki masz plan teraz?”. Ja sam nie wiem, jaki jest teraz plan. Szukam jakiejś swojej drogi, ale częściowo już ją wytyczyłem. Nie zostanę górnikiem, lekarzem, ja dalej będę w sporcie i w piłce – to jest coś, z czym wiąże się nieodłącznie moje życie od podwórka aż po najpiękniejsze stadionie w Polsce i na świecie. Nie mam jakiegoś specjalnie ciekawego planu, może ruszę w to sędziowanie… Środowisko sędziowskie też potrzebuje kogoś, kto ma uznaną markę. Wiesz, żeby robić coś bardzo dobrze: trenować młodzież w Młodych Wilkach czy zostać sędzią, trzeba mieć mnóstwo wolnego czasu. Ja mam 20-miesięczną córkę, mam rodzinę, mam swoje bieganie i oczywiście pracę w Canal+… Czasu mi starcza na różne dodatkowe rozrywki, których jednak też nie chcę się pozbawiać, bo ja wciąż jestem młodym człowiekiem, będę miał tylko 34 lata w lutym. Dla niektórych studentów może to się wydawać dziwne, ale to wcale nie jest jeszcze koniec życia, to nie jest jeszcze emerytura (śmiech).

Masz jakieś cele w komentatorstwie, których jeszcze nie zrealizowałeś?

Miło byłoby móc wyjeżdżać na mecze ligi angielskiej, które komentuję, odwiedzać takie stadiony jak Stamford Bridge, Emirates Stadium, Old Trafford. Moim największym marzeniem, mimo że nie jestem kibicem Liverpoolu – zresztą nie jestem fanem żadnej angielskiej drużyny, po prostu uwielbiam tę ligę – jest pojechać na Anfield Road i posłuchać „You’ll Never Walk Alone” na żywo. Chciałbym poczuć to na własnej skórze i żeby to była część mojego komentarza, a nie jedynie wycieczka, gdzie kupuję bilety i siadam na trybunach. Chciałbym komentować tam jakieś ważne wydarzenie, np. szlagier Liverpool vs Arsenal / Manchester United / Chelsea / Manchester City, usłyszeć hymn i poczuć te ciarki na plecach. Regularnie w komentarzu to jest – my wtedy nic nie mówimy i słuchamy z Rafałem Nahornym tego hymnu Liverpoolu. To jest coś, co unosi cię, ale tylko w krześle, w małym pomieszczeniu. Byłoby miło poczuć to na stadionie.

Liga angielska to Twoim zdaniem jest najlepsza liga świata? Czy jednak ta niezbilansowana hiszpańska?

Bardzo cenię ligę angielską, bo ona jest najbliższa mojemu sposobowi myślenia o piłce i mojemu charakterowi. Oczywiście widzę, że Barcelona jest najlepszą drużyną na świecie, nieosiągalną dla wszystkich: dla Manchesteru United, Manchesteru City i Chelsea razem wziętych. To jest inny sposób myślenia, grania w piłkę, inny sposób wychowania sobie zawodników, inne umiejętności, swoboda, sposób poruszania się, rozumienia futbolu jako takiego. Natomiast liga angielska jest kapitalna, bo komentujesz sto spotkań Premiership i tylko cztery wydają ci się nudne, reszta w jakiś sposób jest świetna. Komentowałem ligę hiszpańską i przyznam szczerze, że częściej byłem zawiedziony niż jakoś niesamowicie oczarowany Primera Division.

Ok, dziękuję Ci za rozmowę.
Dzięki!

czwartek, 12 stycznia 2012

Najpiękniejszy piłkarski moment 2012 roku


Tak, dobrze przeczytaliście tytuł. Wcale nie mam na myśli roku ubiegłego, a ten obecny, który ledwie co się zaczął. Nie mam jednak wątpliwości, że ta najwspanialsza chwila za nami, że cholernie ciężko będzie ją przebić czymkolwiek. Bo symbole i legendy kochamy najmocniej.

sobota, 19 listopada 2011

Niewykorzystany potencjał

Będzie dzisiaj kilka słów o Big Bang Theory. Tytuł posta nie odnosi się bynajmniej do serialu samego w sobie, wręcz przeciwnie - jestem świeżo po 10 odcinku i uważam, że był to jak dotychczas najlepszy z 5 sezonu. Poruszony został w nim temat facebooka, który przy odrobinie wysiłku mógłby być świetnym kanałem promocyjnym.

Sprawdziłem, ile osób "lubi" fanpage serialu - ponad 17 milionów. Do tego dochodzi jeszcze strona samego Sheldona Coopera, postaci, która niekiedy w pojedynkę ciągnie cały sitcom do przodu - grubo ponad 6 milionów. A zatem jest naprawdę duże pole do animowania ludzi, trzymania ich jak najbliżej serialu i przyciągania przed telewizory nowych (w Ameryce oglądalność BBT jest na poziomie 15 milionów CO TYDZIEŃ).
W odcinku "The Flaming Spittoon Acquisition" Sheldon siedzi na facebooku i dodaje lub kasuje znajomych: Stuarta, Leonarda, Raja i Howarda. Wyobrażacie sobie, jakby to wyglądało w rzeczywistości wirtualnej? Gdyby każdemu większemu bohaterowi założyć fikcyjny profil, nawzajem ich pododawać do znajomych i prowadzić konwersacje, wrzucać fotki itd., wszystko nawiązujące do aktualnych wątków w serialu (lub też czasami coś zupełnie nowego)? Interakcje między Sheldonem a Leonardem, Leonardem a Penny, Sheldonem a Penny - i to wszystko przeniesione na FB! Konfiguracji może być bardzo dużo, a właśnie wzajemne dialogi, sympatie i wymiany złośliwości pomiędzy bohaterami są dużą siłą Big Bang Theory. W rzeczywistości wirtualnej większy udział mogliby brać także widzowie, którym te wszystkie interakcje pojawiałyby się bezpośrednio na ich tablicach, nie pozwalając na zapomnienie o serialowych postaciach. A może nawet dla niektórych staliby się integralną częścią facebookowej codzienności?
Pewnym problemem przy realizacji takich działań promocyjnych jest regulamin facebooka, który zabrania tworzenia fake'owych kont. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem mojej koncepcji przedstawionej powyżej byłoby właśnie założenie fikcyjnych profili z podziałem ich znajomych na standardowych przyjaciół (postaci znanych z serialu) i subskrybentów (widzów) - jedna z nowych funkcji facebooka, która wzorem twittera pozwala na śledzenie czynności danej osoby bez konieczności udostępniania jej informacji o nas. Jeśli producentom serialu nie udałoby się dogadać z portalem (także przy pomocy środków finansowych), innym rozwiązaniem mogłoby być założenie analogicznych fanpage'y. Jeśli wejdziecie na ten Sheldona Coopera, zobaczycie, że jakieś próby nawiązania do wizerunku z serialu są podejmowane, jednak są to działania stanowczo zbyt rzadkie (4 posty od września tego roku) i nie ma interakcji z innymi stronami. A możliwości fanpage'y są obecnie coraz większe na facebooku - jedne strony mogą lajkować i komentować aktywności drugich, więc nadal byłoby to atrakcyjne dla fanów serialu.
Co ciekawe, dużo lepiej wygląda to na przykładzie twittera, gdzie ten rzeczony Sheldon jest bardziej namacalny i wchodzi w dyskusje z użytkownikami portalu. Ciężej jest natomiast znaleźć profile pozostałych bohaterów, nie wiadomo też, czy są one prowadzone przez fanów, czy rzeczywiście stoją za nimi twórcy serialu. Jest np. dyskusja między Leonardem a Howardem, jednak ze stycznia tego roku... Z pewnością Big Bang Theory jako sitcom z udziałem nerdów jest idealnym polem do eksperymentów łączących akcję z serialu z aktywnościami w mediach społecznościowych. Jest na pewno jeszcze sporo do zrobienia w tym kierunku.

piątek, 11 listopada 2011

O blogosferze i nie tylko - wywiad z Maćkiem Budzichem


Kiedy mówimy o polskiej blogosferze, jego nazwisko wielu osobom przyjdzie na myśl jako pierwsze. Może popularniejszy jest Kominek, może i Grzegorz Marczak z Antyweb ma większy zasięg. Ale Maciek Budzich to dziś nie tylko bloger. To również doradca, redaktor naczelny, konsultant i ekspert w zakresie social mediów, startup'ów czy PR... Jak zwykł o sobie mówić: jednoosobowy kombajn multimedialny.
 
Jaka jest tematyka Twojego bloga i jak długo już go prowadzisz?
Założyłem go w 2006 roku, to był taki czas, kiedy był duży boom na blogi, rozwijały się również platformy blogowe. Miałem wrażenie, że na polskim rynku brakuje bloga, który dotyczy reklamy, marketingu i nowych mediów. Mnóstwo się działo na świecie, w Polsce temat reklamy wirusowej, ambientu i niestandardowych form dopiero raczkował i gdzieś mi brakowało bloga, który by to opisywał. Kolejnym powodem był fakt, że powoli przymierzałem się do zmiany pracy i zastanawiałem się, czy blog może mi pomóc znaleźć następną oraz czy mógłbym swoją blogową działalność dopisać do CV.

A kim jesteś z wykształcenia?
Mam wykształcenie średnie, nie skończyłem studiów. Dwa razy wywalali mnie z zarządzania i marketingu (niedawno miałem wykład na swojej starej uczelni :-). Ale nie jest to absolutnie powód do chwalenia się, czy dopisywania się do listy ludzi sukcesu, którzy nie ukończyli studiów. Owszem, są geniusze i sławni ludzie bez wyższego wykształcenia, ale jest cała masa ludzi którzy studia rzucili i nic nie osiągnęli - nie każdy kto miał kłopoty z matmą jak Einstein lub rzuci studia zostaje człowiekiem sukcesu... o porażkach po prostu jest cicho.

Co jeszcze zainspirowało Cię do stworzenia tego bloga, jaka była motywacja i myśl przewodnia, żeby go tworzyć wtedy i żeby go tworzyć teraz?
Generalnie było tak mnóstwo rzeczy, które się działy w mediach, w reklamie, w marketingu… te rzeczy dzieją się cały czas. Temat bloga Mediafun jest bardzo pojemny, czasem w nazwie bloga „media” było ważniejsze od „funu”, czasem „fun” był ważniejszy od „mediów”. To się bardzo fajnie rozwinęło. Po jakimś czasie zauważyłem, że ten blog jest jednocześnie moją pasją i czymś, co chętnie wykonuję bez zmęczenia 24 godziny na dobę. Tak naprawdę swoje CV zamieniłem na jedną linijkę tekstu - www.blog.Mediafun.pl. No i rozwijam go zawodowo, co też procentuje ilością kontaktów, różnego rodzaju zleceń czy możliwości współpracy. Generalnie to jest bardzo fajny zawód. Jako bloger, jako właściciel jednoosobowego koncernu multimedialnego mam wiele możliwości rozwoju, kontaktów, dostępu do wiedzy. Nie zamieniłbym tego chyba na żadną pracę.

 
A początki były trudne czy od razu miałeś rzeszę oddanych fanów?
Wolę określenie „czytelników” - to zdecydowanie bliższe rzeczywistości... no i z tym „oddaniem” też bym nie przesadzał – internetowa sympatia jest jeszcze bardziej krucha niż lód na wiosnę. To po prostu grono ludzi którzy zaglądają na mojego bloga albo byli ciekawi mojej opinii. Ale wracając do Twojego pytania, oczywiście, nie. Jak każdy bloger… Przez pół roku nikt ciebie nie czyta, cieszysz się z każdego komentarza… Początki nie były specjalnie trudne, ponieważ nie siliłem się na kogoś, kim nie jestem, pisałem to, co lubię, opisywałem swoje obserwacje. Nie przeczytałem żadnych kursów, poradników i rzeczy, które powodowałyby, że musiałem prowadzić bloga według instrukcji, robiłem to po swojemu. To nie było tak trudne, zabierało trochę czasu, ale wiesz, jak ktoś ma świra na jakimś punkcie, to tego czasu nie liczy. I tak naprawdę to nie była taka ciężka praca z mojej perspektywy. Gdybym miał to wycenić dla kogoś lub na godziny, to pewnie byłoby to spore wyzwanie, ale tak…

Był jakiś breaking point, jakieś wydarzenie, które wyniosło Twojego bloga jeszcze wyżej?
Było kilka takich rzeczy, które też wynikały z rozwoju bloga. Całkiem fajnie sprawdziły się wydarzenia - konferencje, które organizowałem jako bloger. Tych konferencji pod różnymi nazwami było chyba z sześć albo osiem. To były darmowe konferencje dla czytelników, dla ludzi związanych z marketingiem, z branżą, o internecie, o mediach. To były fajne rzeczy, które i budowały taką więź, kontakty, i przenosiły tę aktywność z sieci do realu. Miałem kilka tzw. „wykop-efektów” – jakieś tam sprawy, które były interesujące dla internautów, ale to są tylko momenty „lansu”. Ta fala wykopowiczów wpada na bloga, przelatuje i potem blog wraca do poprzedniego stanu. Takim sporym plusem dla działalności jako blogera jest też funkcjonowanie w realu: uczestnictwo w konferencjach i w formie widza, i w formie prelegenta jak i w formie organizatora… To także jest ważne dla działalności takiego bloga jak mój i gdzieś tam stał się on blogiem branżowym, a ja postacią w polskiej branży marketingowej czy mediowej. Nie chcę gdzieś tam używać słów, ale… no, mam dobre kontakty z branżą. Ciężko mi mówić, czy takim dużym kopem był pomysł zorganizowania debaty z premierem (zapytajpremiera.pl) – oprócz potrzeby zorganizowania takiej debaty to na pewno był mocny medialny strzał. Gdzieś tam w mediach i prasie się przewinąłem jako organizator, ale głowy nie dam, czy mi to przysporzyło specjalnie czytelników, których by interesowała tematyka mojego bloga. Raczej więcej haterów, politycznych krzykaczy i ludzi płaczących, dlaczego nie zostali zaproszeni na debatę. To było takie chwilowe zainteresowanie mediów, co oczywiście też pomaga w promocji bloga czy rozpoznawalności marki bloga. Ja traktuję Mediafun jako markę, nie jako bloga i udowadniam, że zwykły szary człowiek z dostępem do komputera i do sieci sporo może.

Jakie jeszcze ciekawe projekty wynikły przy okazji tworzenia tego bloga?
Ciekawym wyzwaniem było przecieranie szlaków, jeśli chodzi o zarabianie w polskiej blogosferze oraz budowanie standardów współpracy z firmami. Mediafun był pierwszym, polskim blogiem, który pozyskał oficjalnego sponsora. To było w 2008 roku, firma Agito, która zasponsorowała mojego bloga. No i też staram się wszystkie akcje robić, żeby to było na jasnych zasadach, z których będą mogły korzystać trzy strony: bloger, firma i czytelnicy.

To jest temat, który się często przewija: czy na blogu da się zarobić?
Trochę boję się o tym mówić, bo wywołuje to jakieś niezdrowe emocje, uruchamia polską zazdrość i nie do końca zarabianie na blogu jest rozumiane tak, jak ja to pojmuję. Na blogu można zarobić i... nie można. Ja zarabiam ze swojej działalności: jako blogera, jako specjalisty od marketingu, doradcy, konsultanta i jako redaktora naczelnego Mediafun Magazynu, a blog jest dla mnie olbrzymim narzędziem do promocji tego rodzaju działalności. Bezpośrednio nie koncentruję się na zarabianiu z bloga. I chyba w Polsce dosyć trudno zarobić jest sensowne pieniądze na samej działalności jako bloger, tak jak jest to rozumiane zazwyczaj typowo, czyli pieniądze z reklam i kampanii reklamowych. To jest ciężka robota i trzeba mieć ich naprawdę dużo, nielicznym się to udaje. Ale jeśli ktoś czytałby ten wywiad, usłyszał, że można zarobić na blogu i pomyślał „okej, to założę bloga…”, to wymaga to tyle wysiłku, że więcej można zarobić na innym zajęciu. Natomiast jeśli się jest specjalistą w jakiejś dziedzinie albo chce się rozwijać w danej branży, to blog jest fantastycznym zajęciem do rozwijania, do zdobywania kontaktów, klientów, zleceń itd. I wtedy można mówić o zarabianiu na blogu. W takim rozumieniu zarobienie na blogu ma sens i rzeczywiście jest całkiem przyjemne. Śmieszą mnie wszelkiego rodzaju poradniki pseudoguru od blogowania czy mediów społecznościowych... warto zapytać się znanych i popularnych blogerów czy stosują metody „7 cudownych rad na najlepszego bloga” czy „zostań milionerem w weekend”.

A jak wygląda ta współpraca z potencjalnymi sponsorami? Czy oni już traktują blogerów poważnie czy nadal się zdarzają jakieś fuck-upy, wpadki i próby wykorzystania?

Oczywiście zdarzają się, najczęściej wynikają one z niewiedzy albo z traktowania blogerów jako miejsca, gdzie można powiesić banner. Blogerzy, w tym i ja, się często wkurzamy, oburzamy, opisujemy takie przypadki, ale najczęściej wynikają one z niewiedzy albo takiego hurtowego traktowania blogerów. W momencie, kiedy teraz rozmawiamy, godzinę temu, na jednym z blogów też pojawił się jakiś fuck-up… Jakiś bloger dostał słabego maila, słabą propozycję. To też działa w dwie strony: to jest fajny temat dla blogera. Każdy pewnie chciałby zostać tak sławny jak Kominek… tzn. może nie każdy (śmiech). Część blogerów chciałaby mieć taki case czy wpadkę jak Kominek z dr Oetkerem i w ogóle się na tym wylansować, więc jeśli jest jakaś wpadka, to bloger często z tego korzysta, żeby na swoim blogu zje**ć firmę. Natomiast firmy po tej sprawie z Kominkiem i po kolejnych opisywanych wpadkach boją się trochę kontaktu z blogerami, nie za bardzo wiedzą, jak je ugryźć. No i rozwiązania są dwa: albo jakieś indywidualne podejście do blogera, poważne traktowanie, nawet spotkanie, rozmowa itd., wtedy można uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, albo ignorancja i wysyłanie hurtowych maili. No i wtedy mamy gotowy temat na bloga.

Teraz pojawiają się także agencje jak Kalicińscy, którzy starają się pomagać w kontaktach firma – bloger…
To jest od dłuższego czasu, ja też od czasu do czasu doradzam różnym agencjom, czasem pomagam znajomym, którzy pracują w takich miejscach. Tym agencje zajmują się od dawna: dostają zlecenia od klienta, klient często, jeśli jest świadomy blogosfery, mówi „okej, uderzamy w blogosferę” albo dostaję taką sugestię od agencji, która później dopasowuje klientowi blogerów do kampanii, do targetu. Tak to funkcjonuje od 2-3 lat. Są agencje, które kumają blogosferę, są fajne przypadki wykorzystania blogerów w kampanii reklamowej. Dla kontrastu do wpadki z udziałem Reeboka, ostatnio ze Szczecina wróciła trójka blogerów, których miasto zaprosiło na wycieczkę, na poznanie miasta. Czytałem relację jednej blogerki, która była zachwycona Szczecinem. Nie musiała nic robić za wpisy. Miasto postanowiło pokazać blogerce z Poznania, jak piękny jest Szczecin. I to taka jest kampania – bardzo fajna, naturalna. Dochodzą do tego emocje blogera, nie ma żadnego sprzedawania wpisów i takich rzeczy, które są nie lubiane przez blogerów, nie lubiane przez czytelników i sztuczne dla klienta. Takich dobrych kampanii zdarza się coraz więcej.

A jak oceniasz jakość tej polskiej blogosfery? Kiedyś blogi były postrzegane jako miejsce, gdzie piszą o swoich problemach nastolatki, później weszli w to ludzie z faktyczną wiedzą i ciekawymi rzeczami do opowiedzenia. Ale dzisiaj jakby jakaś firma chciała wyłożyć pieniądze na kampanię reklamową, to nie ma aż tak wielu blogerów o globalnym zasięgu. Jesteś Ty, Gadzinowski, Marczak, Kurasiński, Pająk, Kominek i gdzieś to się kończy…
Na pewno żaden z tych blogerów, których wymieniłeś, nie jest jakiś tam specjalnie najbardziej popularny na tle polskiej blogosfery. Antyweb właściwie dla mnie przestaje być blogiem, staje się serwisem technologicznym, bardzo fajnym, z blogerskim zacięciem. Spider’s Web nie mówi o sobie „blog”, tylko „serwis o technologiach”. To też jest taki dziwny syndrom, że pozostali blogerzy, których wymieniłeś, to są ci, którzy często zabierają głos na temat blogosfery, pokazując swoją twarz, występując na konferencjach, jawnie mówiąc o tym. Trochę szkoda, że tak niewielu blogerów ma odwagę i chęć mówić o blogosferze w ten sposób. Zazwyczaj jest to tam gdzieś w komentarzach albo narzekanie na swoim „blogasku”, albo gdzieś tam piep***nie w anonimowych „komciach”. To to jest trochę szkoda. Spotkałem się z paradoksem, że słyszymy „o Jezu, znowu ci sami blogerzy, ten Budzich, ten Kurasiński, ten Gadzinowski…”, ale potem mam wrażenie, że ci sami ludzie analizują polską blogosferę właśnie też na podstawie tych kilku blogów. A dzieją się całkiem fajne rzeczy, i gdzieś tam w tych niszowych blogach, skoncentrowanych na jakimś tam temacie, nie wiem, motoryzacji, sportu, książek, sztuki. Te blogi nie będą pewnie nigdy popularne, nie przebiją się do jakiegoś mainstreamu, nie będą, wiesz, miały milionowej czy wielotysięcznej oglądalności, ale to będą nadal bardzo fajne blogi.

 
Czy bloger powinien mieć w takim razie jakieś parcie na szkło?
Nie… chociaż każdy bloger, który zaczyna pisać, ma jakiś cel, żeby podzielić się ze światem swoją opinią. Więc to jest jakaś forma parcia na szkło. Powstaje pytanie, czy każdy bloger musi się tam jakoś lansować czy pojawiać się w mediach.. Nie wiem, mogę mówić za siebie. Wiem, jak działają media, wiem, że w przypadku mojego bloga mówienie o mediach, zajmowanie się tym, pojawianie się na konferencjach to jest element działalności pasujący do treści Mediafun, więc ja nie mam z tym problemu. Fakt, że udaje mi się mówić na konferencjach branżowych o tym, jak wygląda blogosfera, szkolić, jak mogą wyglądać kontakty z blogerami, czasem mówić o tym w telewizji czy w stacjach radiowych – jestem przekonany, że wyjdzie na plus blogosferze. Tak sobie to wymyśliłem i tak to czasem działa. Nie wiem, jakie są tego efekty, ale mam wrażenie, że trochę zmieniło się postrzeganie blogów. Nie jest to już tylko pamiętnik nastolatki, ale także medium, gdzie można spełniać się w swojej pasji i każdy sobie jakąś dróżkę wycina po swojemu.

Wspomniałeś o mediach – we własnym środowisku, w blogosferze tacy ludzie jak Ty mają należną renomę, a jak to jest z blogerami w realnym świecie?
Wiesz, są ludzie, dla których jestem fajnym gościem, a są i tacy, dla których jestem dupkiem. Jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy jeszcze nigdy nie słyszeli o Maćku Budzichu i Mediafunie. Norma. Ja lubię ludzi, lubię się z nimi spotykać w realu, na blogu niczego nie udaję – chyba nikt nie wiał żadnego dysonansu poznawczego między mediafunem blogerem z internetu a Maćkiem Budzichem w rzeczywistym świecie.

A tradycyjne media sięgają po opinie blogerów? Jak często się to im zdarza?
Najczęściej w wakacje (śmiech). Cały czas traktują jako taką ciekawostkę, czyli najczęściej pytania od mainstreamowych mediów czy dziennikarzy to są „czy blogi to nadal pamiętniki?”, „czy można na nich zarobić?”. Raczej jest to jakaś ciekawostka, chociaż to, co się dzieje z vlogami w Internecie… Tak naprawdę powstaje taka druga telewizja. Ja też często się łapię na tym, że nie oglądam telewizji, ale mam telewizor, który jest podłączony do internetu, i można tam oglądać youtube. I tam oglądam swoje zasubskrybowane kanały, playlisty. I to jest dla mnie telewizja. Zazwyczaj też, kiedy mainstreamowe media zajmują się vlogami, nie zadadzą takich pytań, jakie ty teraz zadajesz, zazwyczaj muszą to być lajtowe pytania dopasowane do poziomu czytelnika, oglądających czy słuchaczy. Więc to jest takie trochę, wiesz… Ja też dostaję czasem komentarze, jak pojawiam się w telewizji czy audycji radiowej i odpowiadam na pytania, że „ojej, ale słabe pytania” albo „dziennikarz się nie przygotował”. A to zrozumiałe, że on mówi do swojej grupy docelowej i są to jakieś podstawowe pytania.
Ja ostatnio się złapałem na tym, że miałem wykład w Nowym Sączu dla studentów kierunków nie-informatycznych i zacząłem gadać o możliwościach, jakie daje Internet, to patrzyli na mnie jak na kosmitę. I potem tam dostałem od kogoś maila, że „panie Maćku, niech się pan nie obrazi, jestem od pana tylko pięć lat młodszy, ale pokazał mi pan, że jeśli chodzi o internet to jestem pięć lat do tyłu”. Wydaje mi się, że ci coraz młodsi będą jednak coraz bardziej ogarniać internet.

Wracając do blogów, wielu specjalistów mówi dzisiaj, jak pisać bloga, żeby na nim zarobić…
…no, to jest pier***enie (śmiech). Tzn., to jest inna blogosfera, też bardzo ciekawa.

Takich naciągaczy oczywiście nie ma sensu słuchać, ale może są jakieś zasady czy kodeks, którym powinien się kierować bloger, żeby prowadzić sensownie tego swojego bloga?

Wiesz co, oprócz kwestii technicznych, które trzeba ogarnąć – one nie są trudne i jakieś kursy czy poradniki tego dotyczące można znaleźć w sieci – to specjalnego kodeksu dla blogerów nie ma. Bardziej obowiązuje jakiś kodeks moralny: bądź fair, nie oszukuj, nie kłam. Ale to są proste zasady życiowe. Natomiast takich żelaznych zasad „czy kasować komentarze czy nie kasować?”, „czy używać wulgaryzmów?” itd., to nie ma, bo zawsze znajdziesz bloga, który w ogóle się tych zasad nie trzyma, a dalej jest blogiem. Każdy, kto zaczyna prowadzić bloga i będzie konsekwentny w tym, co robi, będzie dalej funkcjonował. Jeśli np. bloger kasuje jakieś negatywne komentarze, co przez niektórych może być uważane za złe albo że w ogóle nie powinno się tak robić, to ok, jakoś się obroni. Jeżeli jest wulgarny, prowokuje swoimi działaniami, to też jest w stanie się obronić. Ważne, żeby być naturalnym. Można też kreować jakąś internetową postać czy osobowość, ale wydaje mi się, że jest to o wiele trudniejsze w prowadzeniu bloga, takie wykreowanie postaci. Kominek jest np. taką wykreowaną postacią i to jest trudniejsze niż prowadzenie takiego bardziej osobistego bloga. Może bardziej kontrowersyjne, ale trudniejsze.

Czyli ważna jest konsekwencja?
Tak, bycie sobą i konsekwencja… albo też bycie pewnym swojego zdania. Na początku można sobie przyjąć politykę np. „nie kasuję komentarzy”, a kiedy blog zaczyna być coraz bardziej popularny, zaczyna być coraz więcej tych komentarzy, które zbaczają z tematu, to tutaj można spokojnie kasować komentarze i tutaj twarda polityka komentarzy może wyjść na plus blogowi. Dobrym przykładem jest serwis VaGli, gdzie kasowane są wszelkie komentarze, które nie są związane z tematem, Kominek pod tym względem też ma dość restrykcyjną politykę, Antyweb również ogłosił, że wprowadza pełną moderację komentarzy, chociaż tam dopuszcza sporo.
Nie ma jednego źródła czy poradnika. Ostrożnie podchodziłbym do wszelkich poradników „jak blogować” czy „zostań superblogerem w weekend”. Dobrze jest ocenić bloga, kiedy ten funkcjonuje w sieci przynajmniej rok. Wtedy już bloger sam wie, czego chce. Często dostaję wiadomości „oceń mojego bloga, powiedz, co robię źle”, a miesiąc temu został założony. Wiesz, takie blogi często padają. Zasilają właśnie pulę blogów, których jest najwięcej, czyli blogów kończących się po jednym wpisie, po tygodniu albo po miesiącu.

A jakie są wartości dodane związane z prowadzeniem bardziej zauważalnego bloga w Polsce?
Na pewno można sobie wyrobić grubą skórę, wyrobić sobie pewność siebie. Kiedy się łączy swojego bloga z pisaniem, można podreperować swój warsztat pisarski, uodpornić się na krytykę. Kiedy prowadzi się videobloga, można obyć się trochę z kamerą, pozbyć się lęku, wstydu przed wypowiedziami publicznymi, nauczyć się dzielić emocjami. W przypadku jeśli jest się nastawionym na zawód związany z kreatywnością, z pasją, z jakimś wolnym zawodem, blog jak najbardziej może pomóc w znalezieniu pracy czy zleceń lub wręcz zastąpić CV, może być też kołem ratunkowym. Myślę, że wielu blogerom, jeśli będą chcieli znaleźć pracę, wystarczy jeden wpis na własnym blogu „ok, szukam pracy, jestem chętny, jestem do wzięcia” i jestem pewien, że wielu z nich bez problemu znalazłoby od razu pracę. Więc tutaj korzyści są całkiem fajne. A jeśli prowadzi się bloga związanego ze swoją pasją czy zawodem, to siłą rzeczy rozwijasz się w tej dziedzinie i tutaj rozwój zawodowy też jest plusem. Inna sprawa, że są jeszcze czytelnicy i znajomości. Jest mitem, że blogerzy siedzą non-stop przy klawiaturze, teraz coraz więcej jest spotkań w realu, przestaje gdzieś funkcjonować podział na świat realny i internetowy, te granice się mocno zacierają. Wiadomo, że pula internetowych znajomych jest o wiele większa niż tych w realu, ale ja często spotykam się z czytelnikami czy z ludźmi poznanymi przez bloga i to jest moje największe grono znajomych, jeśli chodzi o świat rzeczywisty.

No właśnie, skoro już jesteśmy przy temacie świata realnego, to jak wygląda praca takiego blogera jak Ty? Jak wygląda Twój dzień?
Ja jestem strasznym leniwcem. Wstaję, jak się obudzę… więc już słońce jest wysoko (śmiech). Gdzieś tam pewnie mam spotkania z ludźmi związanymi z blogiem, z magazynem, czytam sporo blogów… Jak mi się chce, to robię wpis na bloga, ale ostatnio koncentruję się na przygotowaniu Mediafun Magazynu. Czasem pojadę na jakieś spotkanie branżowe, na konferencję, na której występuję albo jestem słuchaczem. No i tyle. Tak to chyba wygląda, może na pierwszy rzut oka wyglądać wyjątkowo nudno, ale tak naprawdę w tym trybie dni uciekają bardzo szybko, są tak fajne spotkania i tak interesujące rozmowy, że ostatecznie brakuje czasu na prowadzenie bloga, tak jak bym chciał. Szukam teraz sposobów, jak to zrobić, żeby moją aktywność, ciekawe osoby, to wszystko wrzucać na bloga w trochę szybszym tempie i w bardziej naturalnej i emocjonalnej formie, niż to się dzieje na podstawie wpisów, które robi się wieczorem na chłodno. Coraz bardziej się zbliżam do formy videobloga – jest mi bliższy, bardziej naturalny i mam wrażenie, że jeszcze bliższy świata realnego. Szukam sposobu jak dopasować formułę do tematyki bloga.

Videoblogi to przyszłość?
Nie wiem, czy przyszłość… Rozwija się technologia, jest mnóstwo serwisów, gdzie bardzo łatwo wrzucić video, rozwija się hardware – kamery w telefonach coraz lepsze, większy zasięg internetu, kamery, które kupisz, od razu przygotowują ci film do youtube’a... Więc jest bardzo łatwo zostać twórcą videobloga. I jest ich faktycznie coraz więcej. Jest jednak tez olbrzymia przestrzeń między amerykańskimi a polskimi vlogerami, jeśli chodzi o jakość czy luz. Polacy wydają się jacyś tacy bardziej smutni. Kiedy oglądałem relacje amerykańskich blogerów z YouStars Live, to chciałbym być organizatorem takiej imprezy, która zostałaby w ten sposób zrecenzowana. Polscy vlogerzy zaraz w komentarzach zaczęli od „ktoś tam na nas zarobił” i takie polskie pier***enie. To jest słabe. No i wiesz, serwisy też ułatwiają embedowanie, wrzucanie, dzielenie się plikami video, nie ma problemu, żeby wrzucić świetnej jakości 1-gigowy plik na serwery. No i przede wszystkim, można je oglądać na wielu urządzeniach. Nie tylko na komputerze, ale i na telefonie, na iPadzie, w telewizorze itd. itd. Vlogosfera raczej blogosfery nie zje, ani też jedna drugiej nie przegoni, natomiast vlogi mogą być na pewno sporą konkurencją dla telewizji. Jest to też forma bardziej naturalna – vlogera, w odróżnieniu od programu telewizyjnego, ja mogę skomentować i wiem, że on to przeczyta, odpowie, może nawiąże do mojego komentarza w swoim następnym materiale itd. Jest to jakaś relacja. Wręcz vlogerzy często komunikują się ze sobą za pomocą vlogów, co jest bardzo fajną sprawą.
Robi się z tego taka tematyczna telewizja. Jakbyś zebrał sobie te wszystkie vlogi o modzie, kosmetyczne czy kulinarne, to uzbierałby ci się kanał tematyczny z kontentem większym niż w TVN Style.

Czyli vlogosfera faktycznie może być dla telewizji pewną alternatywą…
Wiesz, telewizja siłą rzeczy będzie się przemieszczać, wchodzić w internet i tę interaktywność, jaką daje sieć, łączyć z telewizyjną jakością produkcji. Myślę, że wielu vlogerów gdzieś tam ostatecznie wyląduje w kanałach telewizyjnych, ale bliski jest moment, gdy to ci vlogerzy będą dyktować warunki stacjom telewizyjnym. I jestem pewien, że wielu vlogerów też odmówi stacjom telewizyjnym, wybierając wolność i niezależność, jakie daje internet. No i też pewnie coraz większe pieniądze, nie oszukujmy się – blogowanie czy vlogowanie po angielsku daje wiele szerszą publiczność niż vlogowanie po polsku.

W naszej rozmowie przewijał się niejednokrotnie Mediafun Magazyn. Powiedz, jak doszło do powstania i czy to będzie zawsze tylko wersja elektroniczna, czy może są plany, żeby to drukować…
Pytania o druk często się pojawiają i… nie planuję drukować magazynu. Mówię, że wydaję magazyn, ale wydaję go w internecie. Magazyn powstał chyba w 2007 roku, czyli dosyć dawno – wtedy wydałem pierwszy, „zerowy” numer. Ja już wcześniej pracowałem w magazynach i to było zawsze fajne, poza tym chciałem troszeczkę zatrzymać czas, ten stream, który jest na blogach, w RSS-ach czy na facebooku. To wszystko tam leci i z czasem spada w dół. Ja chciałem stamtąd wybrać treści, trochę je zatrzymać w czasie, ubrać w ładniejszą formę, być może bardziej zgłębić temat niż na blogach i w ten sposób pokazać. I to się fajnie przyjęło. Po dłuższej przerwie ruszyliśmy od 2010 roku i mam nadzieję, że to będzie regularny miesięcznik, a może nawet i częściej się będzie pojawiał. Jest to fajna formuła, kiedy mamy magazyn, który tak naprawdę powstaje ze społeczności. Gdzieś tam magazyny w podobnej tematyce raczej wyrastały z branży i były takimi suchymi, trochę nudnawymi pismami, które musiały budować społeczność. A tutaj jest inna droga: ze społeczności narodził się magazyn, udało się zebrać grupę współpracowników poprzez mojego bloga. Ta grupa dalej się powiększa, można to nazwać mediafunową ekipą czy drużyną, z którą realizujemy wspólne projekty. Magazyn też daje więcej możliwości, uzupełnia aktywność na blogu, na facebooku, na videoblogu, dochodzi do tego jeszcze magazyn jako medium i zaczyna to się fajnie kręcić. Druku nie planuję, darmowy magazyn będzie tak długo, jak się da (na razie nic nie wskazuje, żeby miał być płatny), wydawany jest w formie PDF-a.

To jeszcze pytanie o przyszłość blogosfery. Obecnie życie wirtualne w całości przenosi się do mediów społecznościowych, agregujących treści, jak facebook czy google plus. One też często generują główny ruch na blogu. Czy nie ma obaw, że social media wkrótce wchłoną to całe zaangażowanie blogosfery i blogi będą głównie tam obecne?
Ja nie mam z tym wielkiego problemu. To też widać na przykładzie facebooka, który wyssał aktywność z blogów, i to też widzę na swoim przykładzie. Łatwiej coś skomentować na facebooku niż na blogu. Jeżeli czytelnicy wolą komentować w innych miejscach, nie ma problemu. Czy wchłoną te aktywności? Nie jestem pewien, gdzieś tam zawsze znajdzie się spora grupa ludzi, która będzie wolała mieć swoje miejsce, swoje medium, swoje treści. I blog, adres, marka, domena dają tutaj takie możliwości. Wiesz, kaprys facebooka, kasujemy konto i cześć. Nie wiem, jakie będą kaprysy google’a, jak to będzie wyglądało… Na swoim blogu mogę robić wszystko. Ze swoim blogiem mogę robić wszystko, nawet zmienić go w sklep – to jest moje, przynajmniej w większym znaczeniu niż na facebooku czy google plus. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaka będzie przyszłość blogosfery. Ludzie internetu, blogerzy, to są ludzie bardzo elastyczni, bardzo szybko dostosowują się do nowych technologii, zmieniających się warunków… Nie wiem, czy widziałeś taką listę najpopularniejszych ludzi na google plus w Polsce jakiś czas temu… I to byli w większości blogerzy (śmiech). Więc jaka będzie przyszłość blogosfery, nie wiem, ale ci ludzie doskonale się odnajdują w nowych mediach. To oni najczęściej testują nowe ciuchy albo nowe aparaty, kamery…

Blogosfera to jest zamknięte środowisko czy raczej nie? Jako bloger spotykasz się z innymi ludźmi piszącymi w danej tematyce, ale jak duża jest to grupa osób?
Nie odnoszę wrażenia, że jest to zamknięte środowisko. Dla uproszczenia mówię, że jestem blogerem, ale nie czuję się tam częścią blogosfery czy jej reprezentantem. Mówię o blogosferze, opisuję ją, oceniam, ale z punktu widzenia swojego. Blogosfera nie ma, i mam nadzieję, że nigdy nie będzie miała, swoich oficjalnych przedstawicieli, kodeksu, sądu koleżeńskiego czy jakiegoś innego. To jest miejsce, gdzie ludzie się wypowiadają na różne tematy, każdy ma swoje opinie, ale bardzo bym nie chciał, żeby pojawił się jakiś organ regulujący czy kodeks, za którego nieprzestrzeganie będzie grodziło wykluczenie z blogosfery. Tutaj działają trochę inne mechanizmy. Chyba szafiarki są zamkniętą bardziej grupą (śmiech). Tak mi się wydaje, ale mogę się mylić.

Jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych blogerów. Czy mógłbyś powiedzieć, ilu masz czytelników dziś?
I tak, i nie, ponieważ analizując statystyki mojego bloga, to unikalnych wejść mam między 20 a 30 tysięcy. Ale czy to są moi czytelnicy…? Funkcjonuję na facebooku, funkcjonuję na google plus, funkcjonuję w realu… Sporo ludzi, z którymi się znam, też nie wchodzi na mojego bloga, część jedynie czyta magazyn, z częścią funkcjonuję na facebooku. Zatem nie koncentruję się na promocji samego swojego bloga jako miejsca www.blog.mediafun.pl, tylko jako marki Mediafun czy Maciek Budzich. Więc tych czytelników, tak szczerze mówiąc, nie jest wcale wiele, ale to też nie ma wielkiego znaczenia, gdyż marka Mediafun jest o wiele bardziej rozpoznawalna, szersza i może kiedyś się pokuszę o jakieś badania świadomości marki w branży czy internecie. Ale nie jest do końca uprawnione ocenianie popularności blogera po takich twardych statystycznych danych, zwłaszcza w dobie mediów społecznościowych.

Maciek Budzich to dziś osoba, bloger czy marka?
No właśnie, Maciek Budzich to osoba, twórca marki Mediafun. I teraz staram się wdrożyć proces zmiany tej marki, że Mediafun to nie jest Maciek Budzich, tylko Mediafun to jest magazyn i ekipa fajnych ludzi współpracujących z tą marką. Realizujemy coraz więszke projekty, do których jeden człowiek to za mało. Więc to będzie wieloosobowy kombajn multimedialny działający i testujący możliwości i różne miejsca, gdzie pojawiają się słowa: media, internet, serwisy społecznościowe.

Jesteś obecny na wielu serwisach społecznościowych. Czy nie przeraża Cię wszechobecność internetu i to, że ktoś prędzej się dowie czegoś z sieci niż od Ciebie bezpośrednio: co i gdzie jadłeś lub gdzie jesteś w danym momencie…?
Ilość serwisów mnie trochę przeraża i wkurza, ale raczej z tego punktu widzenia, że rzeczywiście gdzieś tam ilość informacji, jakie dostaję różnymi kanałami, muszę jakoś ogarnąć. Część osób napisze do mnie maila, część na facebooku, część na czacie na skypie, część na google plus i trochę jest to trudne do ogarnięcia. Natomiast to, czy ktoś się dowie, jaką zupę dzisiaj jadłem, czy gdzie się tam „zacheckinowałem”, to robię to dosyć świadomie. Mam gdzieś ustawioną granicę prywatności i jakoś jej nigdy nie przekroczyłem. Więc w przypadku mojej działalności to mówienie o tym, gdzie się wybieram, co robię i czy polecam jakąś knajpę, restaurację czy miejsce, jest związane z moją działalnością, i tutaj robię to bardzo świadomie. Na razie to działa całkiem dobrze.

Wywiad przeprowadzony dla Miesięcznika Kulturalnego I.PEWU

czwartek, 20 października 2011

Muzyka (nie)popularna

Jako że z premedytacją staram się unikać wszelkiego typu pseudoprogramów muzycznych, to dopiero wczoraj dotarł do mnie klip z polsatowskiego Must Be The Music z zespołem Eris Is My Homegirl w roli głównej. Dzisiaj sprawdzam i dowiaduję się, że ta oto grupa awansowała do finału show. I zastanawiam się, czy ten świat przypadkiem nie upadł na głowę.

Trend, który pojawił się w MBTM, jest z jednej strony niepokojący, z drugiej budzi szacunek. Faktycznie - program nie zamyka się już na żadne gatunki. W zeszłej edycji mieliśmy hard rockowe Noko, które również zaszło dosyć daleko, niejako przecierało szlaki. Teraz pojawia się kapela deathcore'owa i co? Znów wielki sukces. To pokazuje, niestety, jak mocno media (w tym konkretnym przypadku telewizja) kształtują opinię ciemnego ludu. Dopóki mówią, że taka i taka muzyka jest be, to jest be, a jak się zainteresują i zaczną chwalić, to w tę spiralę wpada i publika w studiu, i widzowie.


Czy zatem w Radiu Zet zaczną pojawiać się hardcore'y, a Polsat i TVN w przerwach między programami emitowały będą klipy Behemotha? Raczej nie. Ale na pewno cięższe gatunki muzyczne niejako przedostaną się do świadomości publicznej, a masa muzycznych ignorantów odkryje, że poza Dżemem, Ich Troje i Dodą istnieją też mocne, rock metalowe brzmienia. Dla samych bandów jest to fajna opcja, bo każdy z nich chciałby zostać zauważony i mieć mnóstwo fanów, zarówno na facebooku, jak i na koncertach. U mnie jednak budzi to pewien niepokój, o którym wspomniałem na początku. Niektóre gatunki muzyczne są ekskluzywne głównie dlatego, że nie każdy ma dostęp do ich twórczości, nie grają ich w radiach, nie ma ich w telewizji. Często taki zespół się odgrzebuje samemu z odmętów internetu, nie słucha ich nikt z kręgu naszych znajomych, mimo że muzycznie wszystko jest na świetnym poziomie, krótko mówiąc, jest dla większości śmiertelników nieznany. Nie wyobrażam sobie teraz sztucznej popularności czy popularnej sztuczności z udziałem tego typu zespołów w rozmaitych mediach. Bo to jest trochę sztuczne: zanim media nie powiedziały swoim widzom, że coś jest fajne, to oni sami do tego nie doszli. A przecież ciężkie kapele grają w Polsce nie od wczoraj.

Osobiście już zbyt wiele razy byłem świadkiem swego rodzaju upadku dobrych zespołów poprzez zainteresowanie się nimi przez media. Grupy z czasem zmieniały styl, drastycznie tracąc na jakości. I to tylko w imię bycia cały czas w tych mediach. W efekcie ciężko było słuchać czegoś, co nie było już tak dobre jak kiedyś, a co nałogowo puszczały nastolatki z głośników swoich telefonów. Bo modne. Obyśmy mieli takich przypadków jak najmniej, bo zaraz nie będzie czego słuchać.

niedziela, 16 października 2011

Bo pomysł może najść wszędzie

Dzisiaj głównie video. Z mojej strony nic konstruktywnego dziś nie powstanie, zatem oddaję głos innym. Rafał Han opowiada o tym, jak wykorzystywać swoje życiowe obserwacje i przekuwać je w coś więcej. Coś, co może stać się start-up'em, a może i dobrze prosperującym biznesem.