Piekielnie ciężko o dobrą, zimową kurtkę. Lawirujesz w sklepie między mnóstwem kolekcji w stylu elegant, casual i sport. Kilka takich sobie, mnóstwo tych, których byś w życiu nie założył i... wreszcie coś w twoim stylu. Przymierzasz na szybko, oglądasz się w lustrze: całkiem zajebiście! Po czym patrzysz na cenę i zawieszasz ją z powrotem na wieszaku, zastanawiając się, po co dodano tam jeszcze to ironiczne hasło "promocja". Kiedy już trochę bardziej zdołowany oglądasz kolejne, nie_tak_fajne_jak_tamta kurtki, inny gość podchodzi do dopiero co przymierzanej przez ciebie, sprawdza rozmiar, cenę, uśmiecha się pod nosem i idzie do kasy. Wiesz, jak to się nazywa?
Okej, pomińmy już te wulgaryzmy, narzekania na rząd i szefa. Zapomnijmy też o tym, że zwyzywałeś tamtego faceta od bogatych dupków, a na końcu nazwałeś samego siebie nieudacznikiem. On po prostu gotów był wydać tyle kasy na kurtkę, ty nie. To wszystko.
Przegięliście z tymi cenami!
Kilka dni temu ogłoszono kolejne gwiazdy, które zagrają na Orange Warsaw Festival, a przy okazji i ceny biletów: 230 zeta na płytę za jeden dzień i 580 za trzy dni. Co zrobił internet? Zareagował jak student na cenę piwa w Hard Rock Cafe, krzycząc capslockiem: ZA DROGO!
Ale czy rzeczywiście? Może i na powietrzu to nie ten sam klimat, co w klubie. Może i nie będą to pełne, półtora godzinne sety koncertowe. Ale wychodzi po niecałe 6 dyszek za każdy zespół (licząc przynajmniej 4 kapele każdego dnia), podczas gdy za pełen koncert w klubie każdego z tych zespołów zapłaciłbyś przynajmniej 100 złotych. Żadnym tłumaczeniem dzikiego tłumu nie jest też, że rok temu było taniej. To argument na poziomie człowieka bez matury.
Kilka dni temu ogłoszono kolejne gwiazdy, które zagrają na Orange Warsaw Festival, a przy okazji i ceny biletów: 230 zeta na płytę za jeden dzień i 580 za trzy dni. Co zrobił internet? Zareagował jak student na cenę piwa w Hard Rock Cafe, krzycząc capslockiem: ZA DROGO!
Ale czy rzeczywiście? Może i na powietrzu to nie ten sam klimat, co w klubie. Może i nie będą to pełne, półtora godzinne sety koncertowe. Ale wychodzi po niecałe 6 dyszek za każdy zespół (licząc przynajmniej 4 kapele każdego dnia), podczas gdy za pełen koncert w klubie każdego z tych zespołów zapłaciłbyś przynajmniej 100 złotych. Żadnym tłumaczeniem dzikiego tłumu nie jest też, że rok temu było taniej. To argument na poziomie człowieka bez matury.
Organizatorzy mogliby sobie zażyczyć i 2 razy więcej za bilety - kwestią nie jest to, że byłyby one za drogie, tylko że ciebie, wiecznie narzekający internauto, zwyczajnie nie byłoby na nie stać. Albo stać, ale musiałbyś wtedy zrezygnować z jedzenia albo spłacenia raty za mieszkanie (nie polecam).
To się nie opłaca...
To się nie opłaca...
Zapłaciłbyś za złamaną deskę 200 złotych? Powiesz, że się nie opłaca?
Jakieś dwa lata temu, kiedy zaczynałem interesować się rozwojem osobistym, istniały dla mnie tylko szkolenia darmowe. Wiedza za free nie jest przecież gorsza niż ta, za którą się płaci... A jednak - nawet jeśli słyszysz to samo, to jeśli wydasz na to swoje pieniądze, to słyszysz więcej i uważniej. Bo te słowa kupiłeś.
Ja kupiłem wtedy świetne szkolenie z zakresu podejścia do osiągania swoich celów i właśnie deskę, którą później własnoręcznie złamałem. Bezcenne doświadczenie:
Im droższe szkolenie, tym więcej skorzystasz, choć nie na wszystkie będzie cię stać. Kiedyś uważałem, że szkolenia za 100-150 złotych są drogie. Dziś podobną zagwozdkę mam dopiero przy tych, które kosztują 400-500 złotych. Za rok pewnie ta poprzeczka znów podniesie się 2-3 krotnie. Zwłaszcza, że wszystko ma swoją cenę nie bez powodu, po prostu jest tyle warte.
Ja kupiłem wtedy świetne szkolenie z zakresu podejścia do osiągania swoich celów i właśnie deskę, którą później własnoręcznie złamałem. Bezcenne doświadczenie:
Im droższe szkolenie, tym więcej skorzystasz, choć nie na wszystkie będzie cię stać. Kiedyś uważałem, że szkolenia za 100-150 złotych są drogie. Dziś podobną zagwozdkę mam dopiero przy tych, które kosztują 400-500 złotych. Za rok pewnie ta poprzeczka znów podniesie się 2-3 krotnie. Zwłaszcza, że wszystko ma swoją cenę nie bez powodu, po prostu jest tyle warte.
Ostatnio oglądając (znów) przemówienie Jacka Walkiewicza, wyłapałem adekwatny cytat z profesora Bartoszewskiego: "Nie zawsze to, co warto, się opłaca. Nie zawsze to, co się opłaca, warto."
Nie stać mnie...
Nie stać mnie...
Twoje podejście do cen zależy tylko od jednego: ile zarabiasz. Myślisz, że jakbyś zarabiał milion złotych rocznie, to przejmowałbyś się karnetem na OWF? Kupiłbyś pewnie jeszcze na Openera i to oba w wersji VIP. Dla znajomych też.
Powiesz: "no dobrze, ale ja nie zarabiam miliona, bardziej prawdopodobne jest, że organizator zażąda mniejszych pieniędzy za bilety". Zamiast gadać głupoty, mógłbyś się zastanowić, co tak naprawdę jest zależne od ciebie. Można krzyczeć w internetach i robić burzę w szklance wody, myśląc, że ktoś się przejmie. A można też zrobić coś, żeby zarabiać więcej. "Ale moja pensja zależy od szefa". Bullshit. To, ile zarabiasz, zależy tylko od Ciebie. Jeśli jesteś w czymś zajebisty, to takie samo jest wynagrodzenie. Jeśli tylko dobry albo przeciętny, to też nie masz prawa ubiegać się o dużo więcej.
Wszystko jest w twoich rękach: zmieniasz coś, starasz się bardziej, pracujesz dłużej, rozwijasz się. W efekcie zarabiasz więcej i stać cię na więcej. Lepsze ciuchy, lepsze jedzenie, własne mieszkanie bez kredytu. Wyższy standard życia. Albo zarabiasz niewystarczająco i narzekasz kolejno na ceny: komunikacji miejskiej, koncertów, samochodów, mieszkań i cukru. Łatwiej zmienić coś u siebie czy po kolei narzekać na ceny wszystkiego i liczyć, że to one się zmienią?
Grafika: 401(K) 2013
Grafika: 401(K) 2013