Ostatnie noce zostały nazwane nocami spadających gwiazd. Zjawisko, które pojawia się raz na... hmm.. dość rzadko w każdym razie.
Otworzyłem okno, wystawiłem głowę i gapiłem się w niebo. Pal licho, że to stołeczne niebo, że tak naprawdę ciężko z reguły o dostrzeżenie gwiazd, że zanieczyszczenia itd. Wszyscy od zawsze powtarzają, że spadające gwiazdy to wspaniała sprawa, w dodatku przy okazji można pomyśleć sobie życzenie i na pewno się spełni.
W ciągu kilkunastu minut, oprócz tego, że lekko zmarzłem (to jest temperatura w środku wakacji?!), dostrzegłem kilka spadających gwiazd. Były krótkie, trwały dosłownie ułamki sekund. Nie zdążyłem nawet przypomnieć sobie konkretnego marzenia, które miałoby się spełnić. I kiedy tak gapiłem się w to niebo, zobaczyłem coś innego. Gwiazdy. Wiszące, przyspawane do nieba, definitywnie niespadające. Były tam cały czas, codziennie. Ale nigdy nie patrzyłem się w tę przestrzeń na tyle długo, żeby je dostrzec...
A moje marzenia... no cóż, są zbyt duże, żeby je ogarnąć podczas tak szybkiego zjawiska. I tak je spełnię, nie potrzebuję do tego przekonania, dodatkowej mobilizacji w postaci drobnego przebłysku na niebie.