![]() |
| To powinno być nieoficjalne hasło spotkań w ramach cykli WR i PS |
niedziela, 12 sierpnia 2012
Uwodź własne życie [relacja]
sobota, 4 sierpnia 2012
Koniec Batmana
Nolanowska trylogia została zamknięta, a The Dark Knight Rises zbiera obecnie bardzo różne opinie osób zachwyconych klimatem i rozmachem oraz tych doszukujących się dziur w fabule i przekombinowania w treści. Myślę, że dostaliśmy zakończenie na miarę dwóch poprzednich części. Idealne zakończenie. Prędko lepsze filmy o człowieku-nietoperzu nie powstaną.
piątek, 20 lipca 2012
Serial Killer s01e01: House of Lies & True Blood
W pierwszym odcinku moich zmagań z serialami (bo był jeszcze pilot) pojawią się dwa tytuły niecieszące się zbyt dobrą sławą. House of Lies zaliczyło dopiero pierwszy sezon, choć wiele osób zrezygnowało z oglądania go już na początku, z kolei True Blood mimo że oglądane na całym świecie, to jest także masowo wyszydzane za hmm... zbyt fantastyczne rozwiązania fabularne. Rozprawmy się zatem z tymi dwiema produkcjami.
piątek, 13 lipca 2012
Dlaczego zapamiętamy Euro 2012?
![]() |
czwartek, 12 lipca 2012
Spider-man, Hulk, Iron Man i Robin Scherbatsky
Z moim oglądaniem filmów na bazie komiksów jest trochę tak, jak z oglądaniem
polskiej reprezentacji w piłkę nożną: niby ma się tę nadzieję, że nie dadzą ciała, ale
rozum podpowiada, że nie ma co spodziewać się rewelacji. Ostatnie lata były bardzo bogate w ekranizacje komiksów. Obecnie, średnio w ciągu roku wychodzą: ze dwa całkiem niezłe filmy z tego rodzaju stawiające na prostą rozrywkę, jeden ambitniejszy, trzy nudnawe, do których się pewnie już nie wróci, oraz - ale to już znacznie rzadziej - jedna kapitalna produkcja.
czwartek, 5 lipca 2012
Szalone pomysły: Szklany klub muzyczny
Będąc dwa dni temu tuż przed koncertem Rosetty, wyszedłem na zewnątrz. Zbierało się na burzę... Pogoda świetnie budująca klimat dla kapel grających bardzo przestrzenną muzę. Wtedy wpadł do głowy szalony pomysł: "a co by było, gdyby cały klub był oszklony, a po ścianach w trakcie koncertu ściekały kropelki wody, w tle błyskały pioruny? To byłoby coś!"
Od razu zaznaczam, że nie skupiam się w tym momencie na technikaliach: jak nagłaśniać takie miejsce, jakich dokładnie materiałów użyć, żeby to było trwałe... Rozważając te kwestie, szybko pewnie okazałoby się to nie do wykonania. Dlatego wolę pozostać na razie przy stronie bardziej designerskiej.
Jak więc taki klub mógłby wyglądać? Oszklony z każdej strony, częściowo jako ściany można byłoby postawić lustra weneckie (szyby pokryte cienką warstwą metalu). Dzięki temu osoby wewnątrz mogłyby widzieć otoczenie, a te z zewnątrz jedynie odbicie lub zwykłą ścianę. Byłoby to możliwe tylko w sytuacji, kiedy na zewnątrz byłoby jaśniej niż w klubie. Więcej o tym zjawisku oraz o tym, dlaczego w zasadzie nie powinno się mówić "lustra weneckie" a "fenickie", doczytacie tutaj.
Unikatowe widoki podczas koncertów znacznie zwiększałyby doznania słuchaczy: czy to malownicze zachody słońca, cz też burze z piorunami, prószący śnieeeeg lub gwiaździste (choć w Warszawie o to trudno) niebo... Tworzyłoby to niepowtarzalny klimat, który świetnie komponowałby się z muzyką graną na żywo. Szklane ściany mogłyby być równie dobrze podświetlane z zewnątrz na różne kolory. A np. dodając do tego spryskiwacze, można byłoby otrzymać różnokolorowe fontanny wodne dookoła tłumu słuchającego muzyki.
Teraz wyobraźcie sobie, że podest dla zespołów również zbudowany jest z co bardziej odpornych wersji szkła - wtedy kapela razem z backlinem sprawiałaby wrażenie zawieszonej w powietrzu. Z różnych względów wyjątkowo nieprzezroczyste powinny być pomieszczenia dla pracowników klubu, przeznaczone na backstage oraz szatnia.
Gdzie taki klub można byłoby zbudować? Czy nie kusiłoby ludzi rzucenie czymś w ściany, skoro są ze szkła? Dzięki odpowiednim kombinacjom można postawić klub ze szklanymi ścianami, które chronią przed hałasem oraz są odporne na uderzenia. A niezłą lokalizacją dla takiego budynku mógłby być np. brzeg Wisły. Wtedy klub mógłby być ogrodzony z dwóch stron, a dla jego tyłu naturalnym ogrodzeniem byłaby rzeka.Wolna przestrzeń za grającym zespołem gwarantowałaby lepszy widok: zachodzące słońce czy metropolię z oddali.
Dlaczego jeszcze coś takiego nie powstało? Postawienie budynku ze szkła od zera, znalezienie i wynajęcie dobrego terenu, niepewność co do akustyki takiego miejsca... Dużo znaków zapytania. Jedno jest pewne - wyglądałoby to wewnątrz fantastycznie, inaczej niż każdy klub muzyczny, w którym byliście wcześniej..
czwartek, 7 czerwca 2012
Czy tylko ja nie wpadłem w "piłkoszał"?
*pisane z perspektywy Warszawiaka, ale może w innych miastach-gospodarzach jest podobnie? (piszcie)
Po pierwsze i najważniejsze, Warszawa przez bardzo długi czas nie wyglądała jak miasto, które organizować będzie u siebie mecze Euro. Jedyną reklamą, wiszącą od dłuższego czasu, była ta wspólna Coca Coli i Heinekena na Moście Średnicowym. Turyści nie interesujący się futbolem, którzy np. w kwietniu przyjechaliby do stolicy, mieliby duży problem, żeby zorientować się, że właśnie tu w czerwcu rozgrywać się będą spotkania czołowych, europejskich drużyn narodowych. Na początku tego roku mocno liczyłem, że wraz z wiosną pojawiać się będą coraz to nowe akcenty związane z Euro: od wielkich piłek w różnych częściach miasta, przez oznaczenia dróg prowadzących np. z lotniska czy z centrum na Stadion Narodowy, aż po rozmaite eventy związane z piłką nożną. Sporo z tych rzeczy pojawiło się, ale... kilka dni temu. Szkoda, że te wszystkie dekoracje zostały wykonane głównie pod turystów, a nie mieszkańców stolicy. Największa impreza sportowa, jaka jest robiona w Polsce, a właściwie mało zrobiono, żeby Warszawiacy jakoś mocniej jej wyczekiwali. Czy tak ciężko byłoby zamontować wielki zegar w kształcie piłki, odliczający godziny do pierwszego meczu naszej reprezentacji? Pomalować kilka bloków na biało-czerwono? Zatrudnić instruktorów żonglerki i zorganizować bicie rekordu Guinnessa w jak największej liczbie osób podbijających piłkę w jednym momencie? Albo kiedy już cała reprezentacja jest w Warszawie, idąc za myślą z reklam Biedronki: zorganizować na jakimś Orliku mecz reprezentantów kraju, w którym (na rozsądnych warunkach) mogliby brać udział również normalni kibice?
Pomysłów na promowanie takiej imprezy jest miliard, ale przez długi czas nie robiono praktycznie nic, zostawiając wszystko na czas Euro. Zamiast budować klimat na przestrzeni kilku miesięcy, mamy zrobione wszystko na ostatnią chwilę. Pytanie też, czy tego typu akcenty piłkarskie powinny spoczywać na barkach sponsorów/patronów imprezy, organizatorów czy samego miasta? Teraz oczywiście jest tego mnóstwo, ale wcześniej jakoś firmy nie wykazywały się kreatywnością. Weźmy takiego McDonalda - skoro budują specjalną restaurację na Placu Defilad na czas Euro, to dlaczego nie mogłaby ona, widziana z góry, mieć kształtu i barw piłki? Wcześniejszy pomysł z żonglowaniem spokojnie mógłby zrealizować Orange, który wolał jednak wydać kasę na postawienie w centrum wielkiego, pomarańczowego sześcianu, gdzie grały młode zespoły - na promowanie Euro już zabrakło im pomysłów? Coca cola opanowała jeszcze w maju podziemia nad Rondem Dmowskiego, Kia od kilkunastu dni dekoruje - choć trzeba przyznać, że tandetnie - Nowy Świat. Obecnie stolica została zalana reklamami promującymi Euro, włącznie z komunikacją miejską czy kapitalnie przebranymi przez Nike'a stacjami metra - Ratusz Arsenał i Pole Mokotowskie. Wszystko moim zdaniem o co najmniej 1-2 miesiące za późno.
Duży udział w tym wszystkim ma także portal Weszło, który systematycznie nakręcał spiralę nienawiści wokół kadry, PZPN-u, organizacji Euro i ogólnie piłki nożnej w naszym kraju. Tak, często czytało się ich z przyjemnością, bo ktoś miał wreszcie odwagę wytknąć publicznie rzeczy w polskiej piłce karygodne. Tak, często człowiek sam zgadzał się z nimi głęboko w duchu albo czuł, że podpisałby się wszystkimi kończynami pod danym tekstem. Tak, często artykuły pojawiające się na Weszło były fachowe i merytoryczne. Ale spowodowało to również falę ogromnego hejtingu kadry, PZPN-u i częściowo też samych mistrzostw. Widać to choćby po inicjatywie Fuck Euro, wypowiedziach na forach internetowych czy nawet niektórych dewastowanych dekoracjach.
Jest czwartek, siódmy dzień czerwca. Jutro rozpoczyna się w naszym kraju (!) Euro 2012, a mój poziom podekscytowania, jak na fana futbolu od lat
kilkunastu, jest znikomy. Bardziej przyspiesza bicie mojego serca na myśl o Orange Warsaw
Festival, które odbywać się będzie w najbliższy weekend. Zadałem sobie pytanie:
dlaczego?
Czy to dlatego, że nie posiadam żadnego biletu na tę wielką piłkarską
imprezę? A może dlatego, że rzadko oglądam telewizję lub chodzę do
supermarketów, gdzie jesteśmy obecnie bombardowani produktami i tematami
związanymi z Mistrzostwami Europy? Nie jest to też tak, że zamykam się na piłkarski świat - na twitterze
ponad dwieście osób o tej piłce mi codziennie "ćwierka". Problem leży dużo głębiej. Tak naprawdę przygotowywałem się do napisania
tego tekstu od miesięcy, gdyż już wtedy zauważalny był kompletny brak klimatu
sportowego widowiska w Warszawie. Złożyło się na to kilka rzeczy.
![]() |
| Zdjęcie: Maciek Budzich |
Po pierwsze i najważniejsze, Warszawa przez bardzo długi czas nie wyglądała jak miasto, które organizować będzie u siebie mecze Euro. Jedyną reklamą, wiszącą od dłuższego czasu, była ta wspólna Coca Coli i Heinekena na Moście Średnicowym. Turyści nie interesujący się futbolem, którzy np. w kwietniu przyjechaliby do stolicy, mieliby duży problem, żeby zorientować się, że właśnie tu w czerwcu rozgrywać się będą spotkania czołowych, europejskich drużyn narodowych. Na początku tego roku mocno liczyłem, że wraz z wiosną pojawiać się będą coraz to nowe akcenty związane z Euro: od wielkich piłek w różnych częściach miasta, przez oznaczenia dróg prowadzących np. z lotniska czy z centrum na Stadion Narodowy, aż po rozmaite eventy związane z piłką nożną. Sporo z tych rzeczy pojawiło się, ale... kilka dni temu. Szkoda, że te wszystkie dekoracje zostały wykonane głównie pod turystów, a nie mieszkańców stolicy. Największa impreza sportowa, jaka jest robiona w Polsce, a właściwie mało zrobiono, żeby Warszawiacy jakoś mocniej jej wyczekiwali. Czy tak ciężko byłoby zamontować wielki zegar w kształcie piłki, odliczający godziny do pierwszego meczu naszej reprezentacji? Pomalować kilka bloków na biało-czerwono? Zatrudnić instruktorów żonglerki i zorganizować bicie rekordu Guinnessa w jak największej liczbie osób podbijających piłkę w jednym momencie? Albo kiedy już cała reprezentacja jest w Warszawie, idąc za myślą z reklam Biedronki: zorganizować na jakimś Orliku mecz reprezentantów kraju, w którym (na rozsądnych warunkach) mogliby brać udział również normalni kibice?
Pomysłów na promowanie takiej imprezy jest miliard, ale przez długi czas nie robiono praktycznie nic, zostawiając wszystko na czas Euro. Zamiast budować klimat na przestrzeni kilku miesięcy, mamy zrobione wszystko na ostatnią chwilę. Pytanie też, czy tego typu akcenty piłkarskie powinny spoczywać na barkach sponsorów/patronów imprezy, organizatorów czy samego miasta? Teraz oczywiście jest tego mnóstwo, ale wcześniej jakoś firmy nie wykazywały się kreatywnością. Weźmy takiego McDonalda - skoro budują specjalną restaurację na Placu Defilad na czas Euro, to dlaczego nie mogłaby ona, widziana z góry, mieć kształtu i barw piłki? Wcześniejszy pomysł z żonglowaniem spokojnie mógłby zrealizować Orange, który wolał jednak wydać kasę na postawienie w centrum wielkiego, pomarańczowego sześcianu, gdzie grały młode zespoły - na promowanie Euro już zabrakło im pomysłów? Coca cola opanowała jeszcze w maju podziemia nad Rondem Dmowskiego, Kia od kilkunastu dni dekoruje - choć trzeba przyznać, że tandetnie - Nowy Świat. Obecnie stolica została zalana reklamami promującymi Euro, włącznie z komunikacją miejską czy kapitalnie przebranymi przez Nike'a stacjami metra - Ratusz Arsenał i Pole Mokotowskie. Wszystko moim zdaniem o co najmniej 1-2 miesiące za późno.
Brak klimatu związanego z Euro w stolicy w ostatnich miesiącach zbiegł się z innym, dość istotnym procesem: PZPN do spółki z Frankiem Smudą zarazili złym wizerunkiem kadrę narodową. Lista afer i kompromitacji z udziałem panów reprezentujących Polski Związek Piłki Nożnej była przeogromna od zawsze, ale do tej pory sama drużyna piłkarska była odbierana raczej pozytywnie. Teraz stała się rzecz niesamowita, gdyż ten fatalny PR zaczął przenosić się na zespół, na piłkarzy. A mocno pracowali na to i pan Smuda, i pan Lato, i pani Olejkowska, i wiele innych osób ze związku. Nie pamiętam w przeciągu ostatnich kilkunastu lat aż tylu nieporozumień, skandali i ogólnego niesmaku wokół naszej drużyny narodowej. Kibicowanie tej kadrze zaczęło być powodem do żartów, do wstydu. A przecież może być to jedno z najsilniejszych zestawień naszej reprezentacji w XXI wieku!
Duży udział w tym wszystkim ma także portal Weszło, który systematycznie nakręcał spiralę nienawiści wokół kadry, PZPN-u, organizacji Euro i ogólnie piłki nożnej w naszym kraju. Tak, często czytało się ich z przyjemnością, bo ktoś miał wreszcie odwagę wytknąć publicznie rzeczy w polskiej piłce karygodne. Tak, często człowiek sam zgadzał się z nimi głęboko w duchu albo czuł, że podpisałby się wszystkimi kończynami pod danym tekstem. Tak, często artykuły pojawiające się na Weszło były fachowe i merytoryczne. Ale spowodowało to również falę ogromnego hejtingu kadry, PZPN-u i częściowo też samych mistrzostw. Widać to choćby po inicjatywie Fuck Euro, wypowiedziach na forach internetowych czy nawet niektórych dewastowanych dekoracjach.
Przechadzając się teraz w okolicach Metra Centrum czy Stadionu Narodowego, ten klimat gdzieś cząstkowo wyczuwam. Bo ciężko nie, kiedy na ścianie stacji metra widzisz zawodników Nike'a, na Narodowym wisi m.in. duży Robert Lewandowski, a Błaszczykowski na reklamie eskorty McDonald's mówi do małego chłopca "Bez Ciebie nie idę" (skurczybyki mocno jadą na emocjach). Jednak to wszystko to jak lizanie loda przez szybę, bo mi osobiście ciężko się przestawić z tych negatywnych emocji, towarzyszących całej imprezie do tej pory. Właściwie to całe to Euro ratuje trójka z Borussi Dortmund. Bez nich naprawdę ciężko byłoby wierzyć w tę kadrę i budować jakikolwiek pozytywny klimat wokół drużyny narodowej. A samo Euro... to w końcu największa sportowa impreza w historii tego kraju!
Niestety, nie dane było Warszawie przeżywać jej dłużej niż przez miesiąc samego turnieju.
niedziela, 20 maja 2012
Najlepszy (męski) projekt studencki
Miałem dopisać jeszcze, że w Warszawie, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w całej Polsce. Dlaczego? Bo mamy do czynienia z bardzo "ogarniętą" uczelnią, wszystko wygląda profesjonalnie, warsztatów jest mnóstwo, a do kwestii organizacyjnych nie można się przyczepić. Men's Week - tak to się nazywa. Byłem drugi raz. I za rok znów się pojawię.
Zacznijmy od tego, że nie byłem na wszystkich warsztatach, gdyż sprowadzałoby się to do siedzenia bitych 4 dni na SGH-u. W dodatku część z nich pokrywała się godzinowo, więc byłoby to fizyczną niemożliwością. Opiszę Wam te, na których się pojawiłem, uzupełniając o to, co pamiętam z zeszłego roku i powinna się wyłonić Wam wtedy wizja całego przedsięwzięcia.
A wizja jest prosta jak budowa cepa - zrobić coś dla facetów. I mam tu na myśli coś więcej niż przynieść piwo albo zabrać do baru ze striptizem. Men's Week idzie właśnie w drugą stronę - pozwala dotknąć rzeczy, o których się dotąd nie miało pojęcia. Samorozwój - to pierwsze słowo, które ciśnie się na usta, kiedy myślę o tym projekcie. Przesłanie najprostsze z możliwych: "Nie robiłeś tego nigdy? Chodź i spróbuj!" Tematyka rozmaita - od zajęć typowo męskich (poker, gokarty) aż po aktywności nie do końca wśród mężczyzn popularne, aczkolwiek w życiu przydatne (taniec, savoir vivre, gotowanie). Wszystkie wymagały rejestracji i uzasadnienia, dlaczego miałoby się zostać wybranym. Kiedy przyszły mi na maila potwierdzenia całych pięciu warsztatów, które sobie wybrałem, wiedziałem już, że będzie to dobry tydzień.
Zaczęło się od warsztatów mowy ciała, na których miła pani objaśniła, co i jak warto / nie warto robić, sprzedając kilka cennych wskazówek. Niby człowiek już wiedział trochę o tych postawach otwartych i zamkniętych, ale udało się to utrwalić czy uzupełnić o jakieś smaczki. Chwilę potem, prawdziwa petarda - warsztat relacji damsko-męskich. Nie, nie warsztat podrywu (choć obecni tam trenerzy mogliby i taki poprowadzić pewnie). Przez półtorej godziny dwóch młodych gości przekazało mnóstwo pozytywnej energii, odrobinę wiedzy tajemnej i kilka prostych sposobów na motywację do robienia rzeczy małych i dużych. Było też oczywiście o kobietach, w końcu to Men's Week, nie? :)
Trenerzy to w ogóle mocna strona męskiego projektu. Kolejny warsztat tego dnia prowadził Joseph Seeletso, "Józek". Podobno dość znany, pokazuje się w TVN-ie. Nie powiem, czy tak jest w istocie, bo nie oglądam, ale na pewno Józek jest osobowością, prawdziwym artystą w kuchni. Po warsztatach kulinarnych, które poprowadził, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: a) jak niewiele wiem o gotowaniu czegokolwiek oraz b) zaskakująco ciekawy smak można osiągnąć przy pozornie bardzo dziwnych połączeniach składników. Tak, "zaskakująco" to dobre słowo określające te zajęcia praktyczne. Człowiek mobilizuje się do zaskakiwania potem w kuchni innych.
W czwartek o zbrodniczej godzinie, 8.00 RANO zajęcia miała inna, znana z TVN-u osoba (hmm, jakiś klucz doboru?), a mianowicie Maciek "Gleba" Florek, zwycięzca I edycji You Can Dance. Urban Dance to była rzecz zupełnie nowa jak dla mnie, bo wplatające w taniec yogę, partnerowania itd. ale w imię samorozwoju wybrałem się i nie żałowałem. No może oprócz tej godziny. 8.00. Ósma zero zero. Błagam, nigdy więcej tak wcześnie tak wykańczających warsztatów tanecznych, człowiek potem nie żyje... W piątek - na szczęście - zajęcia odbywały się o cywilizowanej 9.50 i szczerze sądziłem, że zainteresowanie będzie spore, a nie tylko umiarkowane. W końcu warsztaty teatralne, ćwiczenie improwizacji, kreatywności, intuicji - nikt nie ma ich w nadmiarze. W dodatku prowadzący, Kuba Snochowski okazał się bardzo otwartą, nieszablonową osobą. W ciągu trzech godzin zrobiliśmy całkiem sporo z zapowiedzianych tematów, było również dużo śmiechu. Po wszystkim miałem wrażenie, że wyssało to całą moją kreatywność, tak było angażujące. Kto wie, może kolejna zajawka gdzieś się czai właśnie w teatrze improwizowanym? Polecam - świetna sprawa.
Te wszystkie warsztaty to tylko moje doświadczenia, pełną rozpiskę tego, co można było robić między 15 a 18 maja, możecie sprawdzić sobie tutaj. A w zeszłym roku było niemniej ciekawie, bo wtedy dzięki Men's Weekowi obczaiłem m.in. jak wykonuje się skrecze czy jak ciekawą i wyczerpującą sztuką walki jest MMA... Taaak, co roku przygotowują tam prawdziwy arsenał wrażeń, uzupełniając to jeszcze o pokazy (np. barmańskie, sztuk walki czy taneczne) oraz wieczorne imprezy (w tym roku były: maraton filmowy i silent disco!). Bardzo dobrze jest również od strony organizacyjnej, począwszy od samych zapisów, kontaktu z organizatorami aż po ciekawe ramy każdego warsztatu, ich punktualność, mnogość. No i coraz lepsi trenerzy, coraz ciekawsze, bardziej różnorodne zajęcia praktyczne. Hmm, zaczyna to chyba wyglądać jak tekst sponsorowany, więc już kończę z tymi pochwałami. Po prostu - jeden z najciekawszych projektów studenckich, jakie odbywają się w Warszawie, obserwujcie informacje o kolejnych edycjach!
Dobra, jest jeden minus tego całego Men's Weeku: NIE ROZDAJĄ KOSZULEK ZA DARMO! CHCĘ KOSZULKĘ! #żebrobloger
sobota, 7 kwietnia 2012
Dlaczego nie mógł odbyć się mecz Pucharu Polski? - odpowiadam (częściowo).
Ostatnie miesiące to wciąż dyskusje wokół tego, czy i dlaczego Stadion Narodowy nie został przygotowany na czas i nie można było na nim rozegrać meczu o Superpuchar Polski, a na finał Pucharu Polski w trybie awaryjnym trzeba było wybrać obiekt w Kielcach. Nie znam się na zapisach prawnych, wymaganiach policji czy też aktualnym stanie nowego stadionu, ale opinia publiczna znacznie przesadza w swojej krytyce. Oto kilka moich luźnych przemyśleń w tej sprawie.
Jak widzę teksty typu "dlaczego nie mógł być rozegrany finał Pucharu Polski, skoro odbył się mecz Polska - Portugalia lub planowane jest spotkanie Legii z Sevillą?" to zastanawiam się, czy ci ludzie nie myślą logicznie, czy też może udają głupich. Nie czuję się na miejscu, aby bronić zarządcę stadionu, policję, organizatorów meczów czy kogokolwiek, ale wystarczy chwilę pomyśleć, żeby nie prowadzić idiotycznych dyskusji na forach. Jest przecież wielka różnica pomiędzy meczem towarzyskim (zarówno narodowym, jak i między klubem polskim a zagranicznym) oraz meczem dwóch - i co trzeba brać pod uwagę - zantagonizowanych drużyn. Ot, i cała filozofia! Ale jeśli ktoś nadal nie zrozumie, to rozwinę.
Na mecz towarzyski z Portugalią nie przybywały zorganizowane grupy, gdyż kadra narodowa ma kibiców w całym kraju. Poza tym, umówmy się szczerze, jest to raczej zbieranina przypadkowych - jeśli chodzi o hardcore'owe kibicowanie - osób. A jedyną jednostką, przeciwko której podczas ostatnich meczów kadry gromadzono i okazywano negatywne uczucia był PZPN. Zatem taki mecz niesie nieporównywalnie mniejsze ryzyko niż spotkanie, gdzie mamy grupy zagorzałych kibiców np. Legii i Wisły czy też Legii i Lecha. Historie takich starć znamy z ligi, gdzie jednak pośród kibiców pojawiają się także jednostki agresywne, a za przyśpiewkami idą czyny (które mogą skończyć się na obrzucaniu się sektorów różnymi przedmiotami; mogą, ale nie muszą). Mecz Legii z Sevillą także należy wrzucać do worka z tymi towarzyskimi, gdyż będzie funkcjonował raczej jako ciekawostka i może pojawić się więcej przypadkowych kibiców, którzy zapewne bardziej będą chcieli zobaczyć w akcji zagraniczny klub niż ten stołeczny.
Wnioski są bardzo proste. Czy na Narodowym mogą odbywać się mecze towarzyskie lub mecze drużyn, których kibice nie pałają do siebie nienawiścią, a same zespoły nie mają ze sobą na pieńku? Tak. Czy można zorganizować natomiast spotkanie dwóch ekip, których fani tworzą zorganizowane i równie nieprzewidywalne w zachowaniu grupy? Nie. I tu jest właśnie ta różnica w podejściu policji do obu typów spotkań - w przypadku tej drugiej grupy wymogi znacznie zaostrzają się i ta często omawiana łączność w podziemiach stadionu może faktycznie okazać się przydatna.
piątek, 10 lutego 2012
Jestem zawsze na plus - wywiad z Marcinem Rosłoniem
Marcin Rosłoń, znany głównie jako piłkarz Legii Warszawa i komentator stacji Canal +, ujawnia, że zajawek życiowych ma dużo więcej. Przewodniczącym PZPN raczej nie będzie, ale już Rosłoń jako manager, trener czy sędzia - to nie brzmi tak nieprawdopodobnie. Ostatnio Marcin może sobie do CV dopisać słowo "pisarz", w końcu pierwszy krok w tę stronę ma już za sobą. Jeszcze w 2011 została wydana pierwsza książka Jego autorstwa, czyli "Mowa Trawa". Ale po kolei...
Boomer: Ciężko było zerwać z futbolem?
Marcin Rosłoń: To był 2006 rok, kiedy przestałem
grać w piłkę w Legii. Było mi ciężko rozstać się z dużym boiskiem, natomiast
musiałem podejmować dorosłe decyzje: czy zostać już tylko w Canal+ i pracować
jako komentator i dziennikarz sportowy w tej redakcji, czy jednak szukać
swojego szczęścia gdzieś poza Warszawą. Inne kluby tutaj w okolicy nie
wchodziły w grę, bo nie chciałem grać w trzeciej lidze, np. w Mazowszu Grójec.
Myślałem tylko o Ekstraklasie. Dostałem propozycję z Lechii Gdańsk, która wtedy
grała w drugiej lidze, i tak się zastanawiałem. Pojawiła się jakaś nieostra propozycja
z Grecji, gdzieś ktoś by mnie wysłał na Cypr, natomiast to było tylko może,
może, może… Żaden trener z Ekstraklasy się na mnie nie zdecydował wprost i po
dwóch miesiącach takiego wyczekiwania zdecydowałem się podpisać kontrakt z
Canal+ i tak zostało. Potem był futsal w Warszawie – to taka moja kolejna
przygoda z rozkręcaniem ekstraklasowej drużyny. Udało się awansować i to było
piękne, bo to stworzyliśmy razem z grupą kumpli z Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak
w jakimś momencie stwierdziłem, że to już nie ma sensu. Bycie byłym zawodowcem
z taką czasami chorą ambicją, jeśli chodzi o zwyciężanie, wśród amatorów stało
się uciążliwe. I dla tych amatorów, i dla mnie. Ja zdecydowałem się spasować i
skupiłem się na bieganiu. To jest teraz taka największa pasja mojego życia.
A jakie masz cele związane z bieganiem? To są raczej większe dystanse?
Większe. Boję się tego i moja
rodzina też się boi, że będą jeszcze większe. Przebiegłem teraz w sierpniu 120 kilometrów wokół
masywu Mont Blanc – to był mój bieg życia do tej pory. Ale mam już
zgromadzonych 5 punktów kwalifikacyjnych na przyszłoroczne 166 km wokół tego masywu.
Tutaj nie ma barier, nie ma końca. Można biegać 24 godziny, 48 godzin. Są
mistrzostwa Polski czy świata w tych biegach… Myślę, że to będzie się
rozwijało. Bardzo pociągają mnie góry. Bieganie po lasach, górach, ścieżkach.
Ktoś powie: „Zwykły maraton uliczny to jest dla ciebie pestka”, a to jest
zupełnie inna bajka… Tam biegnę, żeby przebiec 120 km, tutaj biegnę, żeby
pobić swój czas. Obecnie to 3 godziny, 2 minuty i 49 sekund, a dla
maratończyka-amatora najfajniejszy czas to jest, jak jest „2” z przodu.
Wszystko co poniżej 3 godzin już oznacza, że jesteś bardzo dobrym amatorem.
Tego jeszcze nie osiągnąłem i to jest mój cel prywatny na przyszły rok, jeśli
chodzi o maratony uliczne. A biegi górskie… jest ich bez liku.
Nadal zdarza Ci się biegać do redakcji Canal+?
Zdarza mi się biegać do redakcji
lub do znajomych. Jak gdzieś jedziemy, np. na Zacisze - a mieszkamy na
Ursynowie (to jest odległość 25
km) - to żona pakuje się do samochodu z córką, a ja biegnę.
Zabieramy ciuchy na zmianę i tam się kąpię. Ale różnie to bywa. Teraz mam okres
roztrenowania, czasami mi się w ogóle nie chce przez trzy dni wyjść pobiegać.
Potem mnie wyrzuty sumienia tak męczą, że wkładam buty i biegnę do lasu. Taki
optymalny dystans dla mnie teraz, żeby dobrze się czuć, to jest 15 km, w sezonie nawet 35.
Kiedy pierwszy raz ktoś Ci powiedział, że masz radiowy głos lub chociaż
taki, który nadaje się do komentowania?
Ten głos to jest wielki kapitał
dla każdego komentatora, natomiast ja swojego do końca nie potrafię tak w 100%
docenić. Nie jest to głos lektorski, na pewno czytanie przeze mnie filmów nie
wchodzi w rachubę, nie jest to też głos jak Jacka Laskowskiego - w
komentatorskiej gwarze mówi się, że jest to głos „z dupy” – mocno pracuje
przepona i to jest taki bardzo niski, tubalny głos. Są tacy komentatorzy,
którzy mają świetny głos. Mój zwraca uwagę i przykuwa właśnie tym, że nie jest
taki niski, jest bardziej emocjonalny, zaangażowany. Ale czy to jest głos
radiowy? Nie wiem, nie pracowałem nigdy w radiu, natomiast jest to moje wielkie
marzenie, żeby kiedyś mieć swoją audycję. To super przygoda, w dodatku nie
widać cię, więc z jednej strony jest mniejsza presja, ale z drugiej zupełnie
inna specyfika roboty, bo to wcale nie znaczy, że jest łatwiej czy luźniej.
A jak zaczęła się Twoja przygoda z komentowaniem? Zawsze na boisku
miałeś tyle przemyśleń jak grałeś?
O mnie mówiono: „Przeciętny
piłkarz obdarzony nieprzeciętną inteligencją”. Na pewno znacznie bardziej wiedziałem,
jak zagrać piłkę, niż potrafiłem to zrobić. W 2001 roku trafiłem do redakcji Canal+
dzięki prezesowi Markowi Pietruszce i Januszowi Basałajowi, którzy byli wtedy
na tych górnych stanowiskach w Legii i Canal+. I jak trafiłem, to zostałem. Na
początku jako ktoś minimalnie rozpoznawalny w środowisku piłkarskim. W tej
redakcji miałem o tyle łatwiej, że tam wszyscy byli pasjonatami piłki, byli już
wtedy bardzo doświadczonymi dziennikarzami o uznanej marce, a ja dopiero
wkraczałem w ten świat. Chodziłem na trening, potem biegłem do redakcji i tak wyglądał
mój niemal każdy dzień. W pewnym momencie to było groteskowe, bo łączyłem pracę
komentatora z grą w Ekstraklasie w barwach Legii Warszawa. Tam oczywiście zdobyłem
mistrzostwo, ale potem wyczerpała się ta formuła współpracy, rozwiązałem
kontrakt i podpisałem z Canal+. I teraz jestem już tylko i wyłącznie
człowiekiem tej stacji.
Uważasz to za duży plus, że jesteś byłym piłkarzem? Czy to Ci bardzo
pomaga w pracy komentatora?
To, że zdobyłem medal Mistrza
Polski w 2006 roku, jest niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Zwłaszcza, że
zdobyłem go w koszulce Legii po kilku sezonach bez mistrzostwa. Mija 6 lat i
jak na razie nie ma kolejnego takiego tytułu dla Legii. Bycie byłym piłkarzem
mi na pewno bardzo pomaga w środowisku piłkarskim, bo nikt nie patrzy na mnie
jak na dyletanta i nie mówi: „A, ten grał w trzeciej lidze, to co on ma do
powiedzenia”. Piłkarze często tak upraszczają, że jak ktoś nie grał w piłkę, to
nie może być ani dobrym trenerem, ani sędzią czy komentatorem. Wiemy, że to są
wierutne bzdury, bo przykłady takich gości jak Jose Mourinho, Rafael Benitez
czy Arsene Wenger to udowadniają. Oni wielkich karier piłkarskich nie zrobili,
a są jednymi z najlepszych managerów na świecie. To bycie piłkarzem mi na pewno
pomaga, natomiast trzeba tak ukierunkować te swoje umiejętności, tę przeszłość,
żeby nie było, że ja jestem tylko od gadania o sprawach czysto piłkarskich i
nic innego nie umiem powiedzieć. Mój potencjał był zawsze taki, że byłem dość
inteligentny, w szkole mi nauka szła bardzo łatwo, ponadto mam swobodę
wypowiedzi, taką potoczystość. I gdzieś tak się to sprzęgło, że zostałem
komentatorem piłkarskim, który jest ceniony w środowisku właśnie za to, że
rozumie, co piłkarze chcą zrobić od początku do końca, rozumie sędziów, jak
popełniają błąd. Ja nikogo nie wybielam za wszelką cenę, nikogo nie chwalę na
siłę, ale nikogo też nie krytykuję. Po prostu obiektywnie analizuję to, co się
wydarzyło, lub to, co się mogło wydarzyć. Ja cały czas pozytywnie mówię o
piłce, bo ją uwielbiam jako grę i szukam pomysłów oraz dobrych rozwiązań, na
które mnie nigdy nie było stać. Nie ma tak, że jestem zazdrosny, że ktoś dobrze
podał czy coś z tych rzeczy. Ja jestem cały czas na plus.
Jak wygląda to Twoje przygotowanie się do meczu? Czy tylko wpadasz do
studia, zerkasz na statystyki i jedziesz? Czy to jednak jest bardziej żmudna
praca, żeby do każdego meczu się bardzo dobrze przygotować?
To jest proces, który jest różny
w zależności od wydarzenia. Jeżeli to jest mecz ligi angielskiej, który ja
robię trzy razy w tygodniu – sobota, niedziela, poniedziałek lub dwa w sobotę,
a w niedzielę jeden – to jest to niewątpliwie łatwiejsze. Anglicy mają świetne
strony dotyczące sportu, więc bardzo łatwo się z nich przygotować. Po drugie,
jak to już jest 11 kolejka Premier League, to wiesz, o czym mówisz. Manchester
United komentowałem już 5-6 razy, Queens Park Rangers – 4 razy, kilka razy
Arsenal… Poza tym jeśli siedzisz w tym, interesujesz się, to jest o wiele
łatwiej. Nie musisz oglądać każdego meczu czy siedzieć nad notatkami osiem
godzin, żeby udowodnić, jak dobrze się przygotowałeś, nikogo to nie interesuje.
Możesz przygotowywać się pięć minut, ważne, żebyś nie mylił piłkarzy, wiedział
o czym mówisz i żeby to wszystko było strawne. Nie umiem więc powiedzieć, że
przygotowuję się np. dwie godziny do meczu, zawsze jednak mam ze sobą kilka
kartek ciekawostek. Co z tego wybiorę, to już moja sprawa. Ponadto mam jeszcze
współkomentatora albo eksperta u boku.
Jaki był najdziwniejszy mecz albo sytuacja, jaką zdarzyło Ci się
komentować?
Dziwny był bardzo mój debiut
komentatorski, jeszcze nie jako samodzielnego komentatora, a jako eksperta.
Pojechaliśmy na mecz Górnik Zabrze – Legia Warszawa. Ja bardzo czekałem na tę
chwilę, żeby usiąść, pokazać się w okienku, w kamerze, przygotowałem sobie
strój i bardzo mocno to przeżywałem, bo to były moje początki w Canal+. Przyjechaliśmy
na ten mecz do Zabrza, zaczęliśmy komentować i zaczął padać śnieg… Spadło go
tyle, że po 20 minutach sędzia przerwał mecz! Mówię: „Co to jest za debiut,
jakiego ja mam niefarta?” Przyjechaliśmy komentować, spadł śnieg, boisko jest
zasypane i sędzia zastanawia się, czy wznowić grę… Myślę wtedy: „Debiut
20-minutowy, ależ katastrofa..” Ale wreszcie wznowili grę i było już dobrze. Akurat
wtedy Legia przegrała 0:1, Kaondera strzelił gola dla Górnika. A w ogóle to jak
wyjeżdżaliśmy z Warszawy, to jeszcze Janusz Basałaj miał drobną stłuczkę, więc
te wszystkie wydarzenia były trochę nietypowe. Ale nie miałem takich przygód,
że np. spóźniłem się na mecz, że nie dojechałem, że coś się totalnie popsuło,
że popełniłem jakiś błąd czy komentowałem mecz Norwich City z Blackburn Rowers,
a mówiłem o zupełnie innych zespołach. Takich przypadków nie było. Nie miałem
tez biegunki, że musiałem wybiegać z dziupli komentatorskiej – wiadomo, to
przypadłość, która może przytrafić się każdemu, nie musisz być komentatorem, żeby
dopadło cię rozwolnienie. Czasami pytają się nas, komentatorów, czego się
najbardziej boimy – jeden czkawki na antenie, drugi, że się zacznie śmiać i nie
będzie w stanie powstrzymać… Ja najbardziej mam taką obawę, że jak się najem
przedziwnych rzeczy wcześniej, może to się odbić jakąś niestrawnością i
problemami żołądkowymi. Takie moje komentatorskie widmo.
Rzadko który komentator czy były zawodnik jest w stanie napisać książkę
i to taką, która będzie dobrze odbierana w środowisku. Powiedz, skąd wpadłeś na
pomysł na Mowę Trawę? Już wtedy wiedziałeś, że to będzie sukces?
Dalej nie wiem, czy to będzie
sukces. Mam nadzieję, że to będzie coś, co będzie odebrane w środowisku bardzo
pozytywnie i się przyjmie. I że od emerytów i rencistów aż po młodych chłopców,
którzy kochają futbol, przez kibiców, piłkarzy i trenerów – że wszyscy będą
chcieli to przeczytać, będą zadowoleni i każdy wybierze sobie z tego coś, z
czym piłka się mu kojarzy. Taki był zamysł, bo to jest pozytywna lektura. Mało
jest książek tego typu w Polsce. W ogóle rynek książek sportowych ogranicza się
przede wszystkim albo do książek związanych z historią naszych reprezentacji w różnych
dyscyplinach, albo z opowieściami o ludziach, którym się z jakichś względów nie
powiodło, ich kariera się załamała, bo mieli problemy zdrowotne albo wpadli w
nałogi. Jest też sporo autobiografii różnych sportowców. Natomiast nie ma
czegoś, co pozwala wejść na moment do szatni piłkarskich, poczuć ich smak,
zapach, podsłuchać, jak rozmawiają piłkarze... Mowa Trawa taką lekturą właśnie
może być. A pomysł wziął się stąd, że mieliśmy swego czasu w Canal+ taki
program, który nazywał się właśnie Mowa Trawa. Powstały wtedy dwa krótkie
odcinki, ja się tym zajmowałem i miałem swoją bazę haseł. Potem gdzieś zostawiliśmy
ten projekt na boku, ale ja po kilku latach wróciłem do niego. Zacząłem pisać,
najpierw dla siebie, i w końcu powstał z tego słownik piłkarskiej polszczyzny.
Jest tam dużo anegdot, cytatów, Twoich własnych wspomnień. Łącznie
można tam znaleźć coś koło 200 pojęć… Jak długo zajęło Ci pisanie tej książki?
Faktycznie to było bardzo dużo
materiału i jak skończyłem pisać, to zdałem sobie sprawę, że minęło 15
miesięcy, nawet nie wiedziałem kiedy. Potem kolejne miesiące poszły jeszcze na
proces wydawniczy, który także nie jest dwutygodniowy, ale co najmniej
kwartalny. Tworzenie takiej książki to jest dużo myślenia, szukania,
zastanawiania się, rozmawiania z innymi ludźmi, jak się mówiło w szatniach 5-ligowych,
jak w 3-ligowych, jak mówiliśmy w juniorach, jak to było w Legii czy w dorosłym
życiu. Oczywiście masę z tych pojęć miałem w sobie, w swojej głowie, czułem je,
patrzyłem na każdą część swojego ciała i mówiłem „goleń – tutaj się nakłada
ochraniacze, czyli deski”, „stopy – zastanawiałem się, jakie buty piłkarskie –
czy lanki, wkręty, sztole, trampkokorki, śniegówki” i tego typu historie… To
jest 130 haseł, które mają masę podhaseł i dodatkowo jeszcze 70 piłkarskich
prawd, więc nawet tego się nie da tak dokładnie policzyć. Jest hasło „pole”
dotyczące boiska, natomiast tam jest kilkanaście innych określeń, jak się mówi
w szatni piłkarskiej na boisko. Przecież są boiska nierówne jak „kartofliska”,
są boiska piaszczyste jak „sahary”, są wielkie jak stadion Maracana, są równe
jak „stół” czy „dywan” i to można mnożyć w nieskończoność. Na Śląsku ktoś
powie, że jest „hasiok”, czyli śmietnik albo że jest „gryfna flecha”, czyli
fajna murawa. To są właśnie te uroki pisania o piłce nożnej. Ale też nie
chciałem popadać w przesadę i pisać, jak się na wszystko mówi na Śląsku, bo tam
się na wszystko mówi inaczej.
A były jakieś zwroty, które także Ciebie zaskoczyły? Czy były może
jakieś fantazyjne określenia, że nie spodziewałeś się, że się tak mówi na jakąś
rzecz czy zagranie?
Mam takiego dobrego przyjaciela
od dzieciństwa, razem graliśmy w Legii w wieku dziecięcym aż do juniora. Był
bramkarzem więc pytałem go np.: „Jak mówicie na pusty przelot?” – to jest takie
hasło, które dotyczy często właśnie bramkarzy. On mi odpowiada: „Na pusty
przelot u mnie w klubie zawsze mówili Aisha”. Ja mówię: „Aisha? Dlaczego?”, a
on mi na to: „Jest ta piosenka: 'I znów przeszła obok mnie...'”
(śmiech)
I zacząłem się zastanawiać, że
rzeczywiście ma sens taka sytuacja: bramkarz wybiega do dośrodkowania i mija
się z piłką, to koledzy na treningu mu śpiewają: „I znów przeszła obok mnie”.
To często były rzeczy zależące od
środowiska, pamiętam np. że miałem takiego zwariowanego bramkarza – bo bramkarz
to jest zwariowana postać w szatni - jak piłka minimalnie wychodziła na aut i
sędzia machał chorągiewką, to zawsze krzyczał: „Panie sędzio, ząbkami się
trzymała!”. Geneza tego powiedzenia jest w grze w kapsle – grało się kiedyś w
kapsle „na trasie” i ja to też opisuję w Mowie Trawie. Czasami gdzieś o to
swoje dzieciństwo zahaczam: lata ’80, ’90, dorastanie, jeszcze czasy PRL-u…
Wielu chłopców, którzy teraz marzą o wielkiej karierze piłkarskiej, nigdy tego
nie poznało, więc może jak poczytają
Mowę Trawę, to czegoś się dowiedzą lub zaczną pytać rodziców o te czasy.
To też mocna strona tej książki, że nie jest ona tylko dla ludzi,
którzy gdzieś tam grali zawodowo w piłkę, ale i dla każdego kibica…
Próbowałem właśnie pisać tak,
żeby zaciekawić każdego: tych, którzy na piłce się w ogóle nie znają i tych,
którzy o piłce wiedzą wszystko. Wiemy, że w Polsce wszyscy znają się na
polityce, medycynie i piłce nożnej (śmiech). Ale chciałem, żeby jeśli weźmie to
do ręki były piłkarz, np. Grzegorz Mielcarski, mój kolega z redakcji Canal+ czy
każdy inny zawodnik, żeby przyjemnie mu się to czytało. Żeby to nie było tylko
słownikowe wytłumaczenie, ale jakaś pewna historia, która pokazuje mechanizmy
przemieniania słów, które są w naszym języku na co dzień do takich standardów i
potrzeb piłkarskiej szatni. Koleżanki mojej żony to czytały, także jej brat,
który pracuje w ministerstwie kultury i zupełnie nie interesuje się piłką…
Jesteśmy teraz we Wrzeniu Świata, kawiarence, której współwłaścicielem jest
Mariusz Szczygieł, znany bardzo dobry dziennikarz. Jemu też podarowałem jeden
egzemplarz i on do mnie później przesyła mailem krótką recenzję, a w niej:
„Marcin, ja wszystko rozumiem, a przecież to o futbolu jest!”. A on się w ogóle
piłką nie interesuje…
Chciałem też, żeby pozytywnie
spojrzeli na futbol ci, którzy mają złe zdanie, bo czytają w mediach o
ustawkach, awanturach kibiców, korupcji… Takie rzeczy się zdarzają i będą się
zdarzać, natomiast ja piszę o piłce tylko pozytywnie, tylko do przodu, tylko na
tak.
Myślisz już nad kolejną książką?
Dużo osób mnie o to pyta, ale nie,
nie myślę o żadnej innej książce na razie, bo chciałbym poczuć taką wielką
frajdę, że jest ta na rynku, że ludzie chcą ją poczytać, chcą ją mieć. Teraz
przychodzą Mikołajki, święta Bożego Narodzenia, to jest świetna okazja na to,
żeby zrobić komuś ciekawy prezent. Ta uniwersalność Mowy Trawy może
zainteresować wszystkich. O kolejnej książce nie myślę, chociaż narzuca się
słownik komentatorskiej polszczyzny... Na razie to temat na przyszłość.
Byłeś piłkarzem, komentujesz mecze, na razie napisałeś jedną książkę. Co
będzie później? Wiemy, że trenowałeś drużynę Młodych Wilków, odbyłeś kurs
sędziowski… Jak widzisz swoją przyszłość?
Właśnie mój kolega z Canal+,
jedna z twarzy naszej stacji, Andrzej Twarowski, kiedy usiedliśmy któregoś dnia
obok siebie, mówi do mnie: „No i co, Marcinku, przebiegłeś już maratony,
biegałeś po górach, komentujesz mecze, zdobyłeś Mistrzostwo Polski, książkę
napisałeś… Jaki masz plan teraz?”. Ja sam nie wiem, jaki jest teraz plan. Szukam
jakiejś swojej drogi, ale częściowo już ją wytyczyłem. Nie zostanę górnikiem,
lekarzem, ja dalej będę w sporcie i w piłce – to jest coś, z czym wiąże się
nieodłącznie moje życie od podwórka aż po najpiękniejsze stadionie w Polsce i
na świecie. Nie mam jakiegoś specjalnie ciekawego planu, może ruszę w to
sędziowanie… Środowisko sędziowskie też potrzebuje kogoś, kto ma uznaną markę.
Wiesz, żeby robić coś bardzo dobrze: trenować młodzież w Młodych Wilkach czy
zostać sędzią, trzeba mieć mnóstwo wolnego czasu. Ja mam 20-miesięczną córkę, mam
rodzinę, mam swoje bieganie i oczywiście pracę w Canal+… Czasu mi starcza na
różne dodatkowe rozrywki, których jednak też nie chcę się pozbawiać, bo ja
wciąż jestem młodym człowiekiem, będę miał tylko 34 lata w lutym. Dla
niektórych studentów może to się wydawać dziwne, ale to wcale nie jest jeszcze
koniec życia, to nie jest jeszcze emerytura (śmiech).
Masz jakieś cele w komentatorstwie, których jeszcze nie zrealizowałeś?
Miło byłoby móc wyjeżdżać na
mecze ligi angielskiej, które komentuję, odwiedzać takie stadiony jak Stamford
Bridge, Emirates Stadium, Old Trafford. Moim największym marzeniem, mimo że nie
jestem kibicem Liverpoolu – zresztą nie jestem fanem żadnej angielskiej
drużyny, po prostu uwielbiam tę ligę – jest pojechać na Anfield Road i
posłuchać „You’ll Never Walk Alone” na żywo. Chciałbym poczuć to na własnej
skórze i żeby to była część mojego komentarza, a nie jedynie wycieczka, gdzie
kupuję bilety i siadam na trybunach. Chciałbym komentować tam jakieś ważne
wydarzenie, np. szlagier Liverpool vs Arsenal / Manchester United / Chelsea /
Manchester City, usłyszeć hymn i poczuć te ciarki na plecach. Regularnie w
komentarzu to jest – my wtedy nic nie mówimy i słuchamy z Rafałem Nahornym tego
hymnu Liverpoolu. To jest coś, co unosi cię, ale tylko w krześle, w małym
pomieszczeniu. Byłoby miło poczuć to na stadionie.
Liga angielska to Twoim zdaniem jest najlepsza liga świata? Czy jednak
ta niezbilansowana hiszpańska?
Bardzo cenię ligę angielską, bo
ona jest najbliższa mojemu sposobowi myślenia o piłce i mojemu charakterowi.
Oczywiście widzę, że Barcelona jest najlepszą drużyną na świecie, nieosiągalną
dla wszystkich: dla Manchesteru United, Manchesteru City i Chelsea razem
wziętych. To jest inny sposób myślenia, grania w piłkę, inny sposób wychowania
sobie zawodników, inne umiejętności, swoboda, sposób poruszania się, rozumienia
futbolu jako takiego. Natomiast liga angielska jest kapitalna, bo komentujesz
sto spotkań Premiership i tylko cztery wydają ci się nudne, reszta w jakiś
sposób jest świetna. Komentowałem ligę hiszpańską i przyznam szczerze, że
częściej byłem zawiedziony niż jakoś niesamowicie oczarowany Primera Division.
Ok, dziękuję Ci za rozmowę.
Dzięki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








