Byłem gówniarzem, kiedy Paktofonika była na szczycie. Wtedy słowa utworów z Kinematografii były przyswajane przeze mnie niejako nieświadomie, wyławiałem głównie wulgary. Dziś znacznie lepiej rozumiem przesłanie kawałka Jestem Bogiem, o którym mówią Rahim i Fokus, a które jest także utrwalane w filmie opartym na faktach z życia członków PFK - każdy ma w sobie siłę do zmieniania rzeczywistości, do realizacji własnych pragnień. Film znów napędził fame na Paktofonikę, a komentarze fanów nie pozostawiają złudzeń: Magik jest legendą, a Kinematografia artefaktem, który utrwalił go po wszech czasy. A skoro tak nieidealny Piotrek mógł zostać nieśmiertelnym, mocno wierząc w to, co robi to... czy nie każdy z nas ma na to takie same szanse?
czwartek, 4 października 2012
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Spadające gwiazdy
Ostatnie noce zostały nazwane nocami spadających gwiazd. Zjawisko, które pojawia się raz na... hmm.. dość rzadko w każdym razie.
niedziela, 12 sierpnia 2012
Uwodź własne życie [relacja]
![]() |
| To powinno być nieoficjalne hasło spotkań w ramach cykli WR i PS |
sobota, 4 sierpnia 2012
Koniec Batmana
Nolanowska trylogia została zamknięta, a The Dark Knight Rises zbiera obecnie bardzo różne opinie osób zachwyconych klimatem i rozmachem oraz tych doszukujących się dziur w fabule i przekombinowania w treści. Myślę, że dostaliśmy zakończenie na miarę dwóch poprzednich części. Idealne zakończenie. Prędko lepsze filmy o człowieku-nietoperzu nie powstaną.
piątek, 20 lipca 2012
Serial Killer s01e01: House of Lies & True Blood
W pierwszym odcinku moich zmagań z serialami (bo był jeszcze pilot) pojawią się dwa tytuły niecieszące się zbyt dobrą sławą. House of Lies zaliczyło dopiero pierwszy sezon, choć wiele osób zrezygnowało z oglądania go już na początku, z kolei True Blood mimo że oglądane na całym świecie, to jest także masowo wyszydzane za hmm... zbyt fantastyczne rozwiązania fabularne. Rozprawmy się zatem z tymi dwiema produkcjami.
piątek, 13 lipca 2012
Dlaczego zapamiętamy Euro 2012?
![]() |
czwartek, 12 lipca 2012
Spider-man, Hulk, Iron Man i Robin Scherbatsky
Z moim oglądaniem filmów na bazie komiksów jest trochę tak, jak z oglądaniem
polskiej reprezentacji w piłkę nożną: niby ma się tę nadzieję, że nie dadzą ciała, ale
rozum podpowiada, że nie ma co spodziewać się rewelacji. Ostatnie lata były bardzo bogate w ekranizacje komiksów. Obecnie, średnio w ciągu roku wychodzą: ze dwa całkiem niezłe filmy z tego rodzaju stawiające na prostą rozrywkę, jeden ambitniejszy, trzy nudnawe, do których się pewnie już nie wróci, oraz - ale to już znacznie rzadziej - jedna kapitalna produkcja.
czwartek, 5 lipca 2012
Szalone pomysły: Szklany klub muzyczny
Będąc dwa dni temu tuż przed koncertem Rosetty, wyszedłem na zewnątrz. Zbierało się na burzę... Pogoda świetnie budująca klimat dla kapel grających bardzo przestrzenną muzę. Wtedy wpadł do głowy szalony pomysł: "a co by było, gdyby cały klub był oszklony, a po ścianach w trakcie koncertu ściekały kropelki wody, w tle błyskały pioruny? To byłoby coś!"
Od razu zaznaczam, że nie skupiam się w tym momencie na technikaliach: jak nagłaśniać takie miejsce, jakich dokładnie materiałów użyć, żeby to było trwałe... Rozważając te kwestie, szybko pewnie okazałoby się to nie do wykonania. Dlatego wolę pozostać na razie przy stronie bardziej designerskiej.
Jak więc taki klub mógłby wyglądać? Oszklony z każdej strony, częściowo jako ściany można byłoby postawić lustra weneckie (szyby pokryte cienką warstwą metalu). Dzięki temu osoby wewnątrz mogłyby widzieć otoczenie, a te z zewnątrz jedynie odbicie lub zwykłą ścianę. Byłoby to możliwe tylko w sytuacji, kiedy na zewnątrz byłoby jaśniej niż w klubie. Więcej o tym zjawisku oraz o tym, dlaczego w zasadzie nie powinno się mówić "lustra weneckie" a "fenickie", doczytacie tutaj.
Unikatowe widoki podczas koncertów znacznie zwiększałyby doznania słuchaczy: czy to malownicze zachody słońca, cz też burze z piorunami, prószący śnieeeeg lub gwiaździste (choć w Warszawie o to trudno) niebo... Tworzyłoby to niepowtarzalny klimat, który świetnie komponowałby się z muzyką graną na żywo. Szklane ściany mogłyby być równie dobrze podświetlane z zewnątrz na różne kolory. A np. dodając do tego spryskiwacze, można byłoby otrzymać różnokolorowe fontanny wodne dookoła tłumu słuchającego muzyki.
Teraz wyobraźcie sobie, że podest dla zespołów również zbudowany jest z co bardziej odpornych wersji szkła - wtedy kapela razem z backlinem sprawiałaby wrażenie zawieszonej w powietrzu. Z różnych względów wyjątkowo nieprzezroczyste powinny być pomieszczenia dla pracowników klubu, przeznaczone na backstage oraz szatnia.
Gdzie taki klub można byłoby zbudować? Czy nie kusiłoby ludzi rzucenie czymś w ściany, skoro są ze szkła? Dzięki odpowiednim kombinacjom można postawić klub ze szklanymi ścianami, które chronią przed hałasem oraz są odporne na uderzenia. A niezłą lokalizacją dla takiego budynku mógłby być np. brzeg Wisły. Wtedy klub mógłby być ogrodzony z dwóch stron, a dla jego tyłu naturalnym ogrodzeniem byłaby rzeka.Wolna przestrzeń za grającym zespołem gwarantowałaby lepszy widok: zachodzące słońce czy metropolię z oddali.
Dlaczego jeszcze coś takiego nie powstało? Postawienie budynku ze szkła od zera, znalezienie i wynajęcie dobrego terenu, niepewność co do akustyki takiego miejsca... Dużo znaków zapytania. Jedno jest pewne - wyglądałoby to wewnątrz fantastycznie, inaczej niż każdy klub muzyczny, w którym byliście wcześniej..
czwartek, 7 czerwca 2012
Czy tylko ja nie wpadłem w "piłkoszał"?
*pisane z perspektywy Warszawiaka, ale może w innych miastach-gospodarzach jest podobnie? (piszcie)
Po pierwsze i najważniejsze, Warszawa przez bardzo długi czas nie wyglądała jak miasto, które organizować będzie u siebie mecze Euro. Jedyną reklamą, wiszącą od dłuższego czasu, była ta wspólna Coca Coli i Heinekena na Moście Średnicowym. Turyści nie interesujący się futbolem, którzy np. w kwietniu przyjechaliby do stolicy, mieliby duży problem, żeby zorientować się, że właśnie tu w czerwcu rozgrywać się będą spotkania czołowych, europejskich drużyn narodowych. Na początku tego roku mocno liczyłem, że wraz z wiosną pojawiać się będą coraz to nowe akcenty związane z Euro: od wielkich piłek w różnych częściach miasta, przez oznaczenia dróg prowadzących np. z lotniska czy z centrum na Stadion Narodowy, aż po rozmaite eventy związane z piłką nożną. Sporo z tych rzeczy pojawiło się, ale... kilka dni temu. Szkoda, że te wszystkie dekoracje zostały wykonane głównie pod turystów, a nie mieszkańców stolicy. Największa impreza sportowa, jaka jest robiona w Polsce, a właściwie mało zrobiono, żeby Warszawiacy jakoś mocniej jej wyczekiwali. Czy tak ciężko byłoby zamontować wielki zegar w kształcie piłki, odliczający godziny do pierwszego meczu naszej reprezentacji? Pomalować kilka bloków na biało-czerwono? Zatrudnić instruktorów żonglerki i zorganizować bicie rekordu Guinnessa w jak największej liczbie osób podbijających piłkę w jednym momencie? Albo kiedy już cała reprezentacja jest w Warszawie, idąc za myślą z reklam Biedronki: zorganizować na jakimś Orliku mecz reprezentantów kraju, w którym (na rozsądnych warunkach) mogliby brać udział również normalni kibice?
Pomysłów na promowanie takiej imprezy jest miliard, ale przez długi czas nie robiono praktycznie nic, zostawiając wszystko na czas Euro. Zamiast budować klimat na przestrzeni kilku miesięcy, mamy zrobione wszystko na ostatnią chwilę. Pytanie też, czy tego typu akcenty piłkarskie powinny spoczywać na barkach sponsorów/patronów imprezy, organizatorów czy samego miasta? Teraz oczywiście jest tego mnóstwo, ale wcześniej jakoś firmy nie wykazywały się kreatywnością. Weźmy takiego McDonalda - skoro budują specjalną restaurację na Placu Defilad na czas Euro, to dlaczego nie mogłaby ona, widziana z góry, mieć kształtu i barw piłki? Wcześniejszy pomysł z żonglowaniem spokojnie mógłby zrealizować Orange, który wolał jednak wydać kasę na postawienie w centrum wielkiego, pomarańczowego sześcianu, gdzie grały młode zespoły - na promowanie Euro już zabrakło im pomysłów? Coca cola opanowała jeszcze w maju podziemia nad Rondem Dmowskiego, Kia od kilkunastu dni dekoruje - choć trzeba przyznać, że tandetnie - Nowy Świat. Obecnie stolica została zalana reklamami promującymi Euro, włącznie z komunikacją miejską czy kapitalnie przebranymi przez Nike'a stacjami metra - Ratusz Arsenał i Pole Mokotowskie. Wszystko moim zdaniem o co najmniej 1-2 miesiące za późno.
Duży udział w tym wszystkim ma także portal Weszło, który systematycznie nakręcał spiralę nienawiści wokół kadry, PZPN-u, organizacji Euro i ogólnie piłki nożnej w naszym kraju. Tak, często czytało się ich z przyjemnością, bo ktoś miał wreszcie odwagę wytknąć publicznie rzeczy w polskiej piłce karygodne. Tak, często człowiek sam zgadzał się z nimi głęboko w duchu albo czuł, że podpisałby się wszystkimi kończynami pod danym tekstem. Tak, często artykuły pojawiające się na Weszło były fachowe i merytoryczne. Ale spowodowało to również falę ogromnego hejtingu kadry, PZPN-u i częściowo też samych mistrzostw. Widać to choćby po inicjatywie Fuck Euro, wypowiedziach na forach internetowych czy nawet niektórych dewastowanych dekoracjach.
Jest czwartek, siódmy dzień czerwca. Jutro rozpoczyna się w naszym kraju (!) Euro 2012, a mój poziom podekscytowania, jak na fana futbolu od lat
kilkunastu, jest znikomy. Bardziej przyspiesza bicie mojego serca na myśl o Orange Warsaw
Festival, które odbywać się będzie w najbliższy weekend. Zadałem sobie pytanie:
dlaczego?
Czy to dlatego, że nie posiadam żadnego biletu na tę wielką piłkarską
imprezę? A może dlatego, że rzadko oglądam telewizję lub chodzę do
supermarketów, gdzie jesteśmy obecnie bombardowani produktami i tematami
związanymi z Mistrzostwami Europy? Nie jest to też tak, że zamykam się na piłkarski świat - na twitterze
ponad dwieście osób o tej piłce mi codziennie "ćwierka". Problem leży dużo głębiej. Tak naprawdę przygotowywałem się do napisania
tego tekstu od miesięcy, gdyż już wtedy zauważalny był kompletny brak klimatu
sportowego widowiska w Warszawie. Złożyło się na to kilka rzeczy.
![]() |
| Zdjęcie: Maciek Budzich |
Po pierwsze i najważniejsze, Warszawa przez bardzo długi czas nie wyglądała jak miasto, które organizować będzie u siebie mecze Euro. Jedyną reklamą, wiszącą od dłuższego czasu, była ta wspólna Coca Coli i Heinekena na Moście Średnicowym. Turyści nie interesujący się futbolem, którzy np. w kwietniu przyjechaliby do stolicy, mieliby duży problem, żeby zorientować się, że właśnie tu w czerwcu rozgrywać się będą spotkania czołowych, europejskich drużyn narodowych. Na początku tego roku mocno liczyłem, że wraz z wiosną pojawiać się będą coraz to nowe akcenty związane z Euro: od wielkich piłek w różnych częściach miasta, przez oznaczenia dróg prowadzących np. z lotniska czy z centrum na Stadion Narodowy, aż po rozmaite eventy związane z piłką nożną. Sporo z tych rzeczy pojawiło się, ale... kilka dni temu. Szkoda, że te wszystkie dekoracje zostały wykonane głównie pod turystów, a nie mieszkańców stolicy. Największa impreza sportowa, jaka jest robiona w Polsce, a właściwie mało zrobiono, żeby Warszawiacy jakoś mocniej jej wyczekiwali. Czy tak ciężko byłoby zamontować wielki zegar w kształcie piłki, odliczający godziny do pierwszego meczu naszej reprezentacji? Pomalować kilka bloków na biało-czerwono? Zatrudnić instruktorów żonglerki i zorganizować bicie rekordu Guinnessa w jak największej liczbie osób podbijających piłkę w jednym momencie? Albo kiedy już cała reprezentacja jest w Warszawie, idąc za myślą z reklam Biedronki: zorganizować na jakimś Orliku mecz reprezentantów kraju, w którym (na rozsądnych warunkach) mogliby brać udział również normalni kibice?
Pomysłów na promowanie takiej imprezy jest miliard, ale przez długi czas nie robiono praktycznie nic, zostawiając wszystko na czas Euro. Zamiast budować klimat na przestrzeni kilku miesięcy, mamy zrobione wszystko na ostatnią chwilę. Pytanie też, czy tego typu akcenty piłkarskie powinny spoczywać na barkach sponsorów/patronów imprezy, organizatorów czy samego miasta? Teraz oczywiście jest tego mnóstwo, ale wcześniej jakoś firmy nie wykazywały się kreatywnością. Weźmy takiego McDonalda - skoro budują specjalną restaurację na Placu Defilad na czas Euro, to dlaczego nie mogłaby ona, widziana z góry, mieć kształtu i barw piłki? Wcześniejszy pomysł z żonglowaniem spokojnie mógłby zrealizować Orange, który wolał jednak wydać kasę na postawienie w centrum wielkiego, pomarańczowego sześcianu, gdzie grały młode zespoły - na promowanie Euro już zabrakło im pomysłów? Coca cola opanowała jeszcze w maju podziemia nad Rondem Dmowskiego, Kia od kilkunastu dni dekoruje - choć trzeba przyznać, że tandetnie - Nowy Świat. Obecnie stolica została zalana reklamami promującymi Euro, włącznie z komunikacją miejską czy kapitalnie przebranymi przez Nike'a stacjami metra - Ratusz Arsenał i Pole Mokotowskie. Wszystko moim zdaniem o co najmniej 1-2 miesiące za późno.
Brak klimatu związanego z Euro w stolicy w ostatnich miesiącach zbiegł się z innym, dość istotnym procesem: PZPN do spółki z Frankiem Smudą zarazili złym wizerunkiem kadrę narodową. Lista afer i kompromitacji z udziałem panów reprezentujących Polski Związek Piłki Nożnej była przeogromna od zawsze, ale do tej pory sama drużyna piłkarska była odbierana raczej pozytywnie. Teraz stała się rzecz niesamowita, gdyż ten fatalny PR zaczął przenosić się na zespół, na piłkarzy. A mocno pracowali na to i pan Smuda, i pan Lato, i pani Olejkowska, i wiele innych osób ze związku. Nie pamiętam w przeciągu ostatnich kilkunastu lat aż tylu nieporozumień, skandali i ogólnego niesmaku wokół naszej drużyny narodowej. Kibicowanie tej kadrze zaczęło być powodem do żartów, do wstydu. A przecież może być to jedno z najsilniejszych zestawień naszej reprezentacji w XXI wieku!
Duży udział w tym wszystkim ma także portal Weszło, który systematycznie nakręcał spiralę nienawiści wokół kadry, PZPN-u, organizacji Euro i ogólnie piłki nożnej w naszym kraju. Tak, często czytało się ich z przyjemnością, bo ktoś miał wreszcie odwagę wytknąć publicznie rzeczy w polskiej piłce karygodne. Tak, często człowiek sam zgadzał się z nimi głęboko w duchu albo czuł, że podpisałby się wszystkimi kończynami pod danym tekstem. Tak, często artykuły pojawiające się na Weszło były fachowe i merytoryczne. Ale spowodowało to również falę ogromnego hejtingu kadry, PZPN-u i częściowo też samych mistrzostw. Widać to choćby po inicjatywie Fuck Euro, wypowiedziach na forach internetowych czy nawet niektórych dewastowanych dekoracjach.
Przechadzając się teraz w okolicach Metra Centrum czy Stadionu Narodowego, ten klimat gdzieś cząstkowo wyczuwam. Bo ciężko nie, kiedy na ścianie stacji metra widzisz zawodników Nike'a, na Narodowym wisi m.in. duży Robert Lewandowski, a Błaszczykowski na reklamie eskorty McDonald's mówi do małego chłopca "Bez Ciebie nie idę" (skurczybyki mocno jadą na emocjach). Jednak to wszystko to jak lizanie loda przez szybę, bo mi osobiście ciężko się przestawić z tych negatywnych emocji, towarzyszących całej imprezie do tej pory. Właściwie to całe to Euro ratuje trójka z Borussi Dortmund. Bez nich naprawdę ciężko byłoby wierzyć w tę kadrę i budować jakikolwiek pozytywny klimat wokół drużyny narodowej. A samo Euro... to w końcu największa sportowa impreza w historii tego kraju!
Niestety, nie dane było Warszawie przeżywać jej dłużej niż przez miesiąc samego turnieju.
niedziela, 20 maja 2012
Najlepszy (męski) projekt studencki
Miałem dopisać jeszcze, że w Warszawie, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w całej Polsce. Dlaczego? Bo mamy do czynienia z bardzo "ogarniętą" uczelnią, wszystko wygląda profesjonalnie, warsztatów jest mnóstwo, a do kwestii organizacyjnych nie można się przyczepić. Men's Week - tak to się nazywa. Byłem drugi raz. I za rok znów się pojawię.
Zacznijmy od tego, że nie byłem na wszystkich warsztatach, gdyż sprowadzałoby się to do siedzenia bitych 4 dni na SGH-u. W dodatku część z nich pokrywała się godzinowo, więc byłoby to fizyczną niemożliwością. Opiszę Wam te, na których się pojawiłem, uzupełniając o to, co pamiętam z zeszłego roku i powinna się wyłonić Wam wtedy wizja całego przedsięwzięcia.
A wizja jest prosta jak budowa cepa - zrobić coś dla facetów. I mam tu na myśli coś więcej niż przynieść piwo albo zabrać do baru ze striptizem. Men's Week idzie właśnie w drugą stronę - pozwala dotknąć rzeczy, o których się dotąd nie miało pojęcia. Samorozwój - to pierwsze słowo, które ciśnie się na usta, kiedy myślę o tym projekcie. Przesłanie najprostsze z możliwych: "Nie robiłeś tego nigdy? Chodź i spróbuj!" Tematyka rozmaita - od zajęć typowo męskich (poker, gokarty) aż po aktywności nie do końca wśród mężczyzn popularne, aczkolwiek w życiu przydatne (taniec, savoir vivre, gotowanie). Wszystkie wymagały rejestracji i uzasadnienia, dlaczego miałoby się zostać wybranym. Kiedy przyszły mi na maila potwierdzenia całych pięciu warsztatów, które sobie wybrałem, wiedziałem już, że będzie to dobry tydzień.
Zaczęło się od warsztatów mowy ciała, na których miła pani objaśniła, co i jak warto / nie warto robić, sprzedając kilka cennych wskazówek. Niby człowiek już wiedział trochę o tych postawach otwartych i zamkniętych, ale udało się to utrwalić czy uzupełnić o jakieś smaczki. Chwilę potem, prawdziwa petarda - warsztat relacji damsko-męskich. Nie, nie warsztat podrywu (choć obecni tam trenerzy mogliby i taki poprowadzić pewnie). Przez półtorej godziny dwóch młodych gości przekazało mnóstwo pozytywnej energii, odrobinę wiedzy tajemnej i kilka prostych sposobów na motywację do robienia rzeczy małych i dużych. Było też oczywiście o kobietach, w końcu to Men's Week, nie? :)
Trenerzy to w ogóle mocna strona męskiego projektu. Kolejny warsztat tego dnia prowadził Joseph Seeletso, "Józek". Podobno dość znany, pokazuje się w TVN-ie. Nie powiem, czy tak jest w istocie, bo nie oglądam, ale na pewno Józek jest osobowością, prawdziwym artystą w kuchni. Po warsztatach kulinarnych, które poprowadził, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: a) jak niewiele wiem o gotowaniu czegokolwiek oraz b) zaskakująco ciekawy smak można osiągnąć przy pozornie bardzo dziwnych połączeniach składników. Tak, "zaskakująco" to dobre słowo określające te zajęcia praktyczne. Człowiek mobilizuje się do zaskakiwania potem w kuchni innych.
W czwartek o zbrodniczej godzinie, 8.00 RANO zajęcia miała inna, znana z TVN-u osoba (hmm, jakiś klucz doboru?), a mianowicie Maciek "Gleba" Florek, zwycięzca I edycji You Can Dance. Urban Dance to była rzecz zupełnie nowa jak dla mnie, bo wplatające w taniec yogę, partnerowania itd. ale w imię samorozwoju wybrałem się i nie żałowałem. No może oprócz tej godziny. 8.00. Ósma zero zero. Błagam, nigdy więcej tak wcześnie tak wykańczających warsztatów tanecznych, człowiek potem nie żyje... W piątek - na szczęście - zajęcia odbywały się o cywilizowanej 9.50 i szczerze sądziłem, że zainteresowanie będzie spore, a nie tylko umiarkowane. W końcu warsztaty teatralne, ćwiczenie improwizacji, kreatywności, intuicji - nikt nie ma ich w nadmiarze. W dodatku prowadzący, Kuba Snochowski okazał się bardzo otwartą, nieszablonową osobą. W ciągu trzech godzin zrobiliśmy całkiem sporo z zapowiedzianych tematów, było również dużo śmiechu. Po wszystkim miałem wrażenie, że wyssało to całą moją kreatywność, tak było angażujące. Kto wie, może kolejna zajawka gdzieś się czai właśnie w teatrze improwizowanym? Polecam - świetna sprawa.
Te wszystkie warsztaty to tylko moje doświadczenia, pełną rozpiskę tego, co można było robić między 15 a 18 maja, możecie sprawdzić sobie tutaj. A w zeszłym roku było niemniej ciekawie, bo wtedy dzięki Men's Weekowi obczaiłem m.in. jak wykonuje się skrecze czy jak ciekawą i wyczerpującą sztuką walki jest MMA... Taaak, co roku przygotowują tam prawdziwy arsenał wrażeń, uzupełniając to jeszcze o pokazy (np. barmańskie, sztuk walki czy taneczne) oraz wieczorne imprezy (w tym roku były: maraton filmowy i silent disco!). Bardzo dobrze jest również od strony organizacyjnej, począwszy od samych zapisów, kontaktu z organizatorami aż po ciekawe ramy każdego warsztatu, ich punktualność, mnogość. No i coraz lepsi trenerzy, coraz ciekawsze, bardziej różnorodne zajęcia praktyczne. Hmm, zaczyna to chyba wyglądać jak tekst sponsorowany, więc już kończę z tymi pochwałami. Po prostu - jeden z najciekawszych projektów studenckich, jakie odbywają się w Warszawie, obserwujcie informacje o kolejnych edycjach!
Dobra, jest jeden minus tego całego Men's Weeku: NIE ROZDAJĄ KOSZULEK ZA DARMO! CHCĘ KOSZULKĘ! #żebrobloger
Subskrybuj:
Posty (Atom)








